
newonce to bardzo często rap, ale rzucamy snop światła na inne stylistycznie wydawnictwa, które miały wpływ na rapową scenę. Niech revival 10's dalej trwa!
Nie jest tajemnicą, że zwykle dominują u nas rapsy, ale to nie znaczy, że zamykamy się na inne style. To zestawienie ma więc z jednej strony charakter nierapowy i w pewnym stopniu nienewonce'owy, ale z drugiej – jednym z faktorów, jaki wzięliśmy pod uwagę było oddziaływanie wykraczające poza macierzysty gatunek.
Tajemnicą nie jest również to, że mieliśmy straszny ból głowy z selekcją, więc może kiedyś porwiemy się na postscriptum. Stay tuned!
Arcade Fire – The Suburbs
Z początkiem poprzedniej dekady Arcade Fire zaczęli budować swoją rozpoznawalność na scenie alternatywnej prowincji Quebec. W momencie wydania debiutu (Funeral, 2004) byli już na ustach wszystkich. W tamtym okresie zdarzyło się, że podczas występu dołączył do nich David Bowie, a U2 zaprosili ich na trasę Vertigo Tour. Kilka lat później The Suburbs przyniosło im Grammy za Album of the Year oraz hurraoptymistyczną recenzję od Kanye Westa. Słabo?
The Black Keys – Brothers
Kiedy opadł kurz po sukcesie The White Stripes, w garażowej sztafecie pałeczkę przejęli Dan Auerbach i Patrick Carney. Brothers stanowiło dla The Black Keys prawdziwy przełom – zespół zadebiutował na trzecim miejscu Billboardu i zdobył trzy nagrody Grammy. Sukces pociągnął za sobą uznanie raperów – Black Keys nagrywali m.in. z RZĄ i Actionem Bronsonem. Jest też polski wątek – u nas z lubością samplował ich Soulpete. A 1 maja ukaże się ich najświeższy album.
James Blake – James Blake
Trzy minialbumy z 2010 roku uczyniły z Jamesa Blake'a złote dziecko post-dubstepowej kompozycji. Jego debiutancki longplay stanowił z kolei pierwszy krok do świata, w którym londyńczyk znajduje się po dziś dzień. W 2011 roku na fali sukcesu The XX postawił się w roli melancholijnego pieśniarza i autora odhumanizowanych ballad, w których mniejszą rolę niż dotychczas odgrywały u niego sample. Właśnie takiego Blake'a pokochała masowa publiczność i raperzy, którzy coraz chętniej z nim pracowali. Jego artystyczne ścieżki przecinały się m.in. z RZĄ, Kendrickiem, Futurem, Travisem Scottem i André 3000. Nowa płyta? 13 marca 2026.
Bon Iver – Bon Iver
Kariera Justina Vernona na dobre rozpoczęła się, gdy w 2006 roku (ponoć) odreagował bolesne rozstanie, nagrywając w głuszy stanu Wisconsin płytę For Emma, Forever Ago; materiał pełen rzewnych ballad na głos i gitarę akustyczną. A skoro miał na koncie taki szlagier jak Skinny Love, świat stanął przed nim otworem.
Kierunek jego dalszego rozwoju wyznaczył album Bon Iver, Bon Iver zrealizowany z rozmachem niemal springsteenowskim czy... westowym. Ten zestaw piosenek powstawał w podobnym okresie co My Beautiful Dark Twisted Fantasy, na którym Vernon gościł w kawałkach Monster i Lost in the World. A to stało się początkiem długiej artystycznej przyjaźni z Kanye. Bon Iver był także jedną z głównych inspiracji Franka Oceana w czasach prac nad Blonde. Sam ostatecznie też zrobił płytę, która brzmiała jak collabo Westa i Franka: 22, A Million.
David Bowie – Blackstar
Kiedy David Bowie zmarł w połowie stycznia 2016 roku, opłakiwała go znaczna część rapowego środowiska. Jak mogłoby być inaczej, skoro Ziggy Stardust był przecież nie tylko wybitnym wokalistą i kompozytorem, ale też ikoną mody i jednym z pierwszych gości, którzy zrozumieli jak istotnym elementem działalności na scenie muzycznej może być teatralizacja i kreacja totalna. Wpływ jego ruchów na popkulturę jest dostrzegalny do dziś.
A Blackstar? To ostatni album w dorobku Bowiego; w pewnym sensie – transcendentalne pożegnanie ze światem. Trudny materiał na trudne czasy, stanowiący prawdziwe wyzwanie dla słuchacza.
Daft Punk – Random Access Memories
Nie da się przecenić wpływu Daft Punk i ich nowego disco na muzykę przełomu XX i XXI wieku. Wielkim symbolem tego influential factoru było wykorzystanie przez Kanye sampla z Harder, Better, Faster, Stronger w Stronger z Graduation.
W 2013 roku Francuzi powrócili po blisko dekadzie przerwy i wprawili wszystkich w osłupienie, nagrywając progresywne i analogowe Random Access Memories, które brzmiało, jakby powstało na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Do współpracy zaprosili wtedy m.in. ojca chrzestnego disco Giorgio Morodera, ale niezamaskowaną twarzą wydawnictwa stał się Pharrell Williams, o którego rapowym dziedzictwie nawet nie będziemy przypominać. Z perspektywy czasu można już chyba spokojnie powiedzieć, że Random Access Memories to jeden z najbardziej wywrotowych albumów tanecznych, jakie kiedykolwiek ujrzały światło dzienne. Szkoda, że jego autorzy pięć lat temu powiedzieli: pas. I zeszli ze sceny.
Flying Lotus – Cosmogramma
Założyciel i mózg wytwórni Brainfeeder, autor najbardziej obrzydliwego filmu wszech czasów i muzyczny geniusz w jednym. Oraz druga wielka płyta w jego dorobku – po Los Angeles z 2008 roku. Flying Lotus dokonał tutaj rewolucji na skrzyżowaniu jazzu i IDM. Pozostał równocześnie hip-hopowy do szpiku kości, o czym może świadczyć fakt, że sam rapuje (jako Captain Murphy), a na koncie ma produkcje m.in. dla Chance'a The Rappera i Mac Millera. Cóż, kiedy jest się bratankiem Johna Coltrane`a - to zobowiązuje!
Mac DeMarco – Salad Days
Mac DeMarco to naczelny slacker i próżniak amerykańskiej sceny alternatywnej; gość, który nagrywa miłosne ody do ulubionej marki szlugów i pijany w sztok rozbiera się do majtek podczas koncertu na Primaverze (oraz ucina komara na schodach stołecznego Planu B). Równocześnie to jednak muzyczny erudyta z niebywałym uchem do wysublimowanej melodii. Docenił to Anderson .Paak, który zabrał kiedyś Maczka w trasę, na której wśród gości specjalnych znaleźli się także m.in. Earl Sweatshirt i Thundercat. Teraz Mac DeMarco wraca do Polski solo, ale jego koncert na Torwarze wyprzedał się w moment.
Sufjan Stevens – The Age Of Adz
Ten singer-songwriter i multiinstrumentalista ogłosił na pewnym etapie ubiegłej dekady, że z rozmachem Balzaka nagra płytę o każdym z amerykańskich stanów. Ostatecznie stanęło na dwóch (Michigan z 2003 roku oraz Illinois z 2005 roku), co i tak wystarczyło, by Stevens stał się najważniejszą wówczas postacią sceny indie folkowej. Później wymarzył sobie z kolei, że sięgnie po syntezator i zacznie robić pop. Tak powstało The Age of Adz, z którego numery sample'owali m.in. Kendrick, Logic i Mac Miller. A wspominaliśmy o nominacji do Oscara?
Tame Impala – Currents
Zaczynali jako obiecująca ciekawostka i jedna z wielu grup zapatrzonych w muzykę psychodeliczną przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Po pięciu długogrających płytach mają już status najbardziej influential niezależnego zespołu rockowego (powiedzmy) na planecie. To nie przypadek, że Travis Scott zaprosił Tame Impalę do pracy nad Astroworld, a Pride Kendricka nawet bez Kevina Parkera brzmi jak numer Kevina Parkera.
Serio, nigdy nie sądziliśmy, że zespół grający neo-psychedelię i czerpiący z shoegaze'u czy chillwave'u będzie w stanie zajść tak wysoko. Dwa polskie koncerty – 18 i 19 kwietnia, Gliwice.
Vampire Weekend – Modern Vampires of the City
Ta czwórka absolwentów Uniwersytetu Columbia z Brooklynu była największą sensacją nurtu indie drugiej połowy ubiegłej dekady. Na początku walili na całego z Graceland Paula Simona i swoich wielkich krajan z Talking Heads, ale nie można odmówić im kreacji własnego brzmienia i ewolucji, która zaprowadziła ich aż do Modern Vampires of the City, czyli najlepszej płyty 2013 roku według redakcji Pitchforka. Album promowany był piosenką Step, w remiksie której pojawili się Danny Brown, Heems i Despot.
Kamasi Washington – The Epic
Snoby go nienawidzą! Znalazł sposób na to, jak oddać jazz w ręce mas!
Saksofonista Kamasi Washington dał się poznać jako reprezentant wytwórni Brainfeeder i bohater drugiego planu nagrań wielu znanych wykonawców. Przełomowy był dla niego 2015 rok, kiedy najpierw pojawił się na To Pimp a Butterfly Kendricka, a następnie wydał autorski materiał, The Epic. To trzygodzinna, jazzowa epopeja przygotowana z udziałem chóru i orkiestry, która postawiła na baczność krytyków z całego świata.
- Choć dalecy jesteśmy od nazywania tego amerykańskiego saksofonisty i kompozytora jazzowym rewolucjonistą, to trudno przecenić jego zasługi dla aktualnego renesansu bardzo tradycyjnego – acz zapatrzonego w kosmos – big-bandowego grania. Od kiedy bowiem Kamasi Washington zbliżył się do kalifornijskiego, progresywnego środowiska bitowego pod wodzą Flying Lotusa, każdy właściwie dźwięk, który wydaje ze swojej blachy, zaczął rezonować dużo szerzej niż jakiekolwiek frazy dobywające się z ortodoksyjnie pojmowanej, jazzowej – bądź co bądź – niszy - pisaliśmy na naszych łamach przy okazji kolejnego wydawnictwa Kamasiego, Heaven & Earth.