
Sprzęgło, jedyneczka, noga ze sprzęgła, druga noga na gaz i jedziemy. Chyba, że macie automat.
Baby Driver (2017), reż. Edgar Wright
Zaczynamy od pozycji najnowszej – wypuszczony w zeszłym roku do kin Baby Driver momentalnie spotkał się z pochlebną opinią krytyków filmowych. Sporo ludzi uważa go za odnowioną wersję Drive, ale nie do końca chcemy się z tą opinią zgodzić.I choć nie możemy w żadnym stopniu przyczepić się tu do fabuły i naprawdę ładnych widoków (Subaru WRX i Lily James), to całą robotę odegrał tu doskonały montaż. Jeden z najlepszych, jakie w życiu widzieliśmy.
Szybcy i wściekli (2001), reż. Rob Cohen
Nie żebyśmy byli true fanami całej serii, ale szanujemy. Może i każdy odcinek Szybkich i wściekłych przypominał trochę filmik z targów motoryzacyjnych, a scenariusze zawsze kulały, ale przyznacie, że to idealny tytuł na sobotę wieczór z ziomeczkami. Ze wszystkich części wybieramy jedynkę, bo jedynki prawie zawsze są najlepsze.
Szybki jak błyskawica (1990), reż. Tony Scott
Czyli cofamy się do czasów, kiedy Tom Cruise był jeszcze idolem wszystkich dziewczyn (nie tylko scjentolożek). Piękny Tom gra tu ambitnego małolata-kierowcę wyścigowego, który po wypadku trafia do szpitala. Tam poznaje swojego rajdowego guru, który mocno wspiera go w karierze. W pobliżu czyha też rudowłosa pani pielęgniarka, więc coś z tego musi się wykluć. Wykluło się aż za dobrze - grająca ją Nicole Kidman i Tom Cruise zakochali się w sobie na planie. Film nie jest arcydziełem, ale Tony Scott zrobił go całkiem sprawnie, a klimat końcówki lat 80. jest nie do podrobienia.
Taxi (1998), reż. Gerard Pires
- 307! - Nie, to Peugeot 406-tka... - 307 na godzinę! - co by nie mówić, Taxi miało całkiem niezłe dialogi. Jeśli nie nastawiacie się na bardzo głęboką fabułę, a od filmów z szybkimi samochodami oczekujecie jedynie szybkich samochodów, to wsiądźcie do tej taksówki. W pakiecie młodziutka Marion Cotillard (miliony serduszek!) w jednej ze swoich pierwszych ról.
The Cannonball Run (1981), reż. Hal Needham
To jeden z tych filmów, których możecie nie kojarzyć po tytule, ale pamiętacie, że zawsze w okresie świątecznym można złapać go na Polsacie albo TVN7. Trochę naiwne, ale bardzo zabawne, z masą osobliwych samochodów i jeszcze bardziej osobliwych kierowców (nasz faworyt - Sammy Davis jr., czyli ten czarnoskóry z dziwacznym uśmiechem). Klasyka wypożyczalni video.
Kierowca (1978), reż. Walter Hill
Bezimienny Driver jest kierowcą, który dorabia sobie przewożąc przestępców z niebezpiecznego terenu... z czymś wam się to kojarzy? Tak, ponad 30 lat przed Drive po Los Angeles grasował podobny koleżka, choć bez srebrnej kurtki. Jeśli lubicie film z Ryanem Goslingiem, obejrzyjcie także Kierowcę - klimat podobny!
Konwój (1978), reż. Sam Peckinpah
Jeden z najlepszych tytułów tzw. kina ciężarówkowego. Główny bohater, kierowca o pseudonimie Gumowy Kaczor, po konflikcie z władzami decyduje się opuścić granicę stanu, lecz równocześnie zachęca innych kolegów po fachu do przyłączenia się i wspólnego protestu. Westernowy klimat, choć konie uświadczycie tu tylko mechaniczne. No i bardzo dobry film!
Wyścig (2013), reż. Ron Howard
Czemu to nie dostało nawet jednej nominacji do Oscara? Historia rywalizacji dwóch kierowców wyścigowych, playboya Jamesa Hunta i dziwacznego Nikiego Laudy, ma wszystko, by podbić Amerykańską Akademię Filmową; w filmie są ogromne emocje, wielkie wygrane, dołujące porażki, jest portret ludzi, którzy zaryzykują wszystko, by spełnić swoje ambicje i walka, bezustanna walka. Wyścig to jeden z najbardziej niedocenionych filmów ostatnich lat. Kto nie widział, niech szykuje sobie wolne dwie godziny w weekend.
Two-Lane Blacktop (1971), reż. Monte Hellman
Prawdopodobnie najmniej znany film z całej 15-tki, a już na pewno najbardziej eksperymentalny. Z drugiej strony, jeśli lubicie amerykańskie indie i kino sundance'owe (choć starsze niż festiwal Sundance) to powinniście polubić tę opowieść o absurdalnym, samochodowym wyścigu hipisów, który... nie ma mety. A jeśli nie polubicie, to pomyślcie, że Quentin Tarantino polubił - do tego stopnia, że reżyser Monte Hellman 20 lat później wyprodukował jego debiutanckie Wściekłe psy.
Death Proof (2007), reż. Quentin Tarantino
A skoro już wywołaliśmy wilka z lasu, to musimy przejść i do tego przegadanego, momentami ciągnącego się, ale jednak - praktycznie jak zawsze w przypadku Tarantino - absolutnie zajebistego filmu. What's your name again? I'm stuntman Mike, baby. Dla tych ujęć, tych samochodów, tych dziewczyn (#junglejulia) i tego Kurta Russella możemy oglądać na ripicie.
Bullitt (1968), reż. Peter Yates
Są takie filmy, które w całości robi jedna scena - np. udawanie orgazmu w Kiedy Harry poznał Sally, no i oczywiście pościg w Bullicie. Ford Mustang kontra Dodge Charger, czyli dwie najpiękniejsze fury, jakie dała nam Ameryka.
Znikający punkt (1971), reż. Richard C. Sarafian
Ukochany film wszystkich hipisów - Znikający punkt to wielka pochwała życia poza społeczeństwem, kontestacji rzeczywistości. Główny bohater założył się, że przejedzie z Kolorado do Kalifornii w 15 godzin, i choć to mission impossible, a policja depcze mu po piętach, rusza w szaleńczą podróż, choć wie, że jej koniec będzie smutny. Przekaz trochę jak w kawałku Strumień Zeusa: pieprzyć dziki pęd i wściekłe tempo, w życiu chodzi o co innego. Dla ludzi wychowanych w latach 70. pozycja totalnie kultowa.
Mad Max: Na drodze gniewu (2015), reż. George Miller
Najlepsza ze wszystkich części Mad Maxa. Z ekranu aż wali benzyną, uszy pękają od hałasu rezonujących silników, a całość jest nakręcona jak narkotyczna wizja świata przyszłości, zrealizowana w przyspieszonym tempie. Wbrew opiniom niektórych krytyków uważamy, że Na drodze gniewu ma scenariusz, i to całkiem dobry - obraz świata bez wody nie jest przecież takim science fiction.
Cena strachu (1953), reż. Henri-Georges Clouzot
Rozkręca się bardzo powoli, ale warto poczekać, bo przez ostatnie 90 minut Cenę strachu ogląda się jak na szpilkach. No właśnie, czy to najmocniej trzymający w napięciu film samochodowy w historii kina? Naszym zdaniem tak. Nie będziecie w stanie oderwać oczu od tej historii kierowców, przewożących czułe na wstrząsy materiały wybuchowe przez górzysty teren Ameryki Środkowej. I naprawdę nie przejmujcie się tym, że to film w wieku waszych rodziców albo nawet dziadków.
Drive (2011), reż. Nicolas Winding Refn
Zgoda, w warstwie scenariuszowej to nie jest mistrzostwo świata. Ale na filmy Nicolasa Windinga Refna chodzi się przede wszystkim dla klimatu. Siadacie przed ekranem, gaśnie światło i nagle coś was porywa na dwie długie godziny. I to właśnie casus Drive. Jeśli obejrzeliście, to już nigdy nie będziecie w stanie zapomnieć powolnych ujęć Ryana Goslinga sunącego przez nocne Los Angeles w rytm A Real Hero. Zaryzykujemy, że Drive to jeden z niewielu kultowych filmów naszego pokolenia - zgadzacie się?
Pojedynek na szosie (1971), reż. Steven Spielberg
Najlepszą recenzją tego filmu niech będzie jego historia. Steven Spielberg nakręcił Pojedynek na szosie na potrzeby telewizji, ale po pierwszym seansie film dostał tak doskonałe recenzje od widzów, że producenci szybko przerzucili go do kin. Bohaterów jest dwóch: pewien przedsiębiorca, który spieszy się na ważne spotkanie i wielka ciężarówka (ani przez sekundę nie widać kierowcy), która z niewyjaśnionych przyczyn chce go staranować. Niesamowity, wbijający w fotel film, który może wpędzić w kompleksy - Spielberg nakręcił go w wieku... 25 lat.