W latach 90. Urodzonymi mordercami dosłownie straszono ludzi. Jak ogląda się ich dzisiaj? Zaskakująco aktualnie. Zmienił się w zasadzie tylko nośnik przekazu, ale ogłupienie zachowaniem zdegenerowanych idoli pozostało takie samo.
Ten film trzeba obejrzeć przynajmniej dwa razy. Pierwszy - żeby dać się porwać wizualnemu szaleństwu, drugi - żeby go zrozumieć – napisał tuż po premierze Urodzonych morderców Roger Ebert, bodaj najsłynniejszy krytyk świata. I przyznał filmowi maksymalną liczbę gwiazdek. Ale recenzenci nie byli zgodni; trafiali się i tacy, którzy odsądzali dzieło Olivera Stone'a od czci, nazywając je amoralną rozrywką i bezsensowną gloryfikacją przemocy. Słusznie?
Chyba jednak nie. Ale po kolei.
Bohaterami Urodzonych morderców są Mickey i Mallory Knox, małżeństwo zabójców, którzy jeżdżą po Stanach i wycinają, kogo popadnie. Ich krwawa wendetta jest relacjonowana przez większość stacji telewizyjnych, które podłapały, że omamieni płynącą z ekranu papką widzowie znaleźli w nich idoli – w końcu pojawił się ktoś, kto ma odwagę, żeby zburzyć zastany ład i podłożyć pod niego bombę. Co ważne, Knoxowie zawsze zostawiają przy życiu jedną osobę, by ta mogła opowiedzieć innym o wątpliwej przyjemności spotkania z nimi; tu chodzi oczywiście o sławę. Tropem morderców podążają też detektyw Jack Scagnetti, który wyraźnie zauroczył się Mallory, oraz reporter – karierowicz Wayne Gale, autor popularnego programu o seryjnych zabójcach.
Widzom najtrudniej było przyswoić to, że Mickey i Mallory zabijali dla czystej rozrywki, a później także dla zwiększenia swojej i tak ogromnej popularności. Oraz to, że zwykli Amerykanie naprawdę ich pokochali, oczywiście dopóki ci nie stanęli na ich drodze. Czy to właściwie w porządku, żeby filmowcy pokazywali okrutnych zabójców jako cool ludzi? Zwłaszcza że tego samego roku premierę miało Pulp Fiction, również opakowujące motyw zbrodni w popowe sreberko. A ledwie 12 miesięcy wcześniej do kin trafił mocno niedoceniony Upadek – tam Michael Douglas grał sfrustrowanego faceta, który nagle, stojąc w ulicznym korku, poczuł, że ma wszystkiego dość, chwycił za strzelbę i ruszył w miasto.
To nie przypadek, bo w połowie lat 90. Amerykanie czuli autentyczny przesyt wszechobecną telewizją. Na antenach pojawiało się coraz więcej bzdurnych programów rozrywkowych i seriali, co zresztą pięknie sparodiował Oliver Stone, robiąc z brutalnej sceny zabójstwa rodziców Mallory coś na kształt wykręconego odcinka sitcomu. Filmowcy czuli, że społeczeństwo na dobre zadomowiło się przed telewizorami, z piwem, chipsami, napojami gazowanymi i coraz większymi brzuchami. Więc postanowili sprzedać im mocne remedium.

Przełóżcie treść Urodzonych morderców na współczesne realia i zastanówcie się – uwierzylibyście, gdyby nagle ktoś wam powiedział, że w Stanach grasuje taka para, on przystojny, ona piękna, a streamingi z ich skąpanej we krwi trasy biją rekordy popularności w sieci? No pewnie, że nie. I o tym jest właśnie film Olivera Stone'a. Tu nie chodzi o żadną gloryfikację przemocy, zwłaszcza że, jakby nie patrzeć, film nie zawiera jakichś super efektownych scen zabijania; nowy kanon w tej dziedzinie wyznaczyli twórcy serii Piła czy Raid. Idzie raczej o wyśmianie umysłowej pasywności społeczeństwa (tak, wyśmianie, sam Oliver Stone, jakkolwiek makabrycznie to nie brzmi, powiedział w jednym z wywiadów, że kręcił Urodzonych morderców z myślą o zrobieniu lekkiego filmu). Na pewno podczas seansu zdziwicie się, dlaczego sceny są kręcone w różnych formatach, czemu raz ekran jest czarno-biały, raz wszystko jest na starej taśmie, a raz na VHS. Stone chciał w ten sposób wczuć widza w rolę bezmózgiego odbiorcy, który bez zastanowienia przerzuca kanały i jest mu w sumie wszystko jedno, co leci. Za co zresztą został skrytykowany; wytykano mu, że upraszcza istotę telewizji i nabija się z white trashy, czyli biednych, białych mieszkańców Ameryki, którzy są stereotypowo postrzegani właśnie jako wpatrzone w migający ekran głupki.
Ale przy tym osiągnął swoje i dzięki filmowi o ludziach, którzy dla sławy robią okrutne rzeczy, sam czerpał konkretne benefity. Jego spętany obostrzeniami wiekowymi obraz nie odniósł wielkiego frekwencyjnego sukcesu na całym świecie, co więcej, w niektórych krajach (np. w Irlandii) w ogóle nie mógł być pokazywany. Za to o Urodzonych mordercach mówili wszyscy. Naprawdę wszyscy. Nawet w Polsce, gdzie film ten był zarówno pokazywany w kinach, jak i dostępny w wypożyczalniach kaset video, pamiętamy zresztą namechecking w piosence To nie był film Myslovitz. To Stone'owi wystarczyło, bo chciał przyczynić się do dyskusji na temat kondycji współczesnych mediów. Chociaż przy okazji zrobiono z niego szatana; ponoć w paru miejscach trafiali się autentyczni zbrodniarze inspirowani przygodami fikcyjnych Mickeya i Mallory. Mieli do nich należeć m.in. sprawcy słynnej szkolnej masakry w Columbine, o której Michael Moore nakręcił później swój słynny dokument Bowling For Columbine.

Czy odyseja Mickeya i Mallory wiele różni się od patostreamów? Nie, niewiele. I to też sporo mówi o miejscu, w którym jesteśmy. A co do filmu – podczas seansu wejdziecie w sam środek psychodelicznego, kinowego najntisu, dodatkowo wzmocnionego świetną ścieżką dźwiękową, na której znaleźli się m.in. Leonard Cohen, Bob Dylan, ale i Dr Dre. I dowiecie się, jak wyglądał jeden z pierwszych scenariuszy... Quentina Tarantino. Tak, to on wymyślił Urodzonych morderców, ale finałowa wizja Olivera Stone'a nie podobała mu się na tyle, że zażądał usunięcia swojego nazwiska z napisów filmu. I przestrzegał swoich fanów, żeby nie szli na seans, bo to zupełnie inny, obcy mu rodzaj kina.
Czy na pewno? Pulp Fiction i Urodzeni mordercy to dwie inne bajki, popowo-nostalgiczna i halucynogenno-społeczniacka, ale w zasadzie chodzi o to samo - zerwanie z kanonem i pokazanie, że jeśli czegoś w kinie nie można, to... już można.
