Muzyka to czasem za mało. Świetnie zrealizowany klip potrafi czasem zrobić klimat wokół konkretnego numeru, nadać mu nowego rysu, albo po prostu udanie go rozpromować. Oto kilka przykładów.
Szczęśliwie już dawno minęły czasy, gdy większość rapowych teledysków zasadzała się na ustawicznym machaniu łapami w tle przez grupę bliższych i dalszych ziomków. Obecnie obrazki bywają sztuką samą w sobie, choć idealnie korespondującą z muzyką.
W poprzedniej dekadzie ciekawych klipów mieliśmy pod dostatkiem, więc nie dalibyśmy rady zmieścić ich w jednym tekście. Dlatego też, siłą rzeczy, postawiliśmy na te, które najbardziej wryły nam się w pamięć.
Oczy są zwierciadłem duszy?. Tego to my akurat nie wiemy, ale musimy przyznać: gdy widzimy te zbliżenia na oczy w video do Feeling Exactly, to już wiemy, że nie będziemy mieli do czynienia ze zwykłym klipem. Tu jest niemal wszystko – charakterystyczne twarze, które dobrze oddają stan obłąkania, zróżnicowany montaż oraz sceny, przy których czujemy autentyczny, lynchowski niepokój.
Gdy śmietanka stołecznego rapu rusza na drugi koniec świata. Hawana widziana oczami duetów Jetlagz i PRO8L3M oddaje brudny, totalnie osobny uliczny klimat kubańskiego miasta, a przy tym sprawnie łączy wrażenie skrajnego, niewymuszonego realizmu z zaplanowanym rysem fabularnym. Ogień. A o tym, jak powstało Mieć i nie mieć poczytacie tutaj.
To rzecz ważna z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że stała się zapowiedzią wolty stylistycznej Otsochodzi, czyli ostatniej nadziei polskich trusku-oldskuli. Drugi – podczas oglądania teledysku mogliśmy odnieść wrażenie, że oto nad Wisłą pojawił się ociekający hajsem, zadowoleniem i autoironią obrazek, który w niczym nie ustępuje swoim amerykańskim kolegom. Stare fury, papugi, bogate wnętrza, niespieszny klimat Cali...
Wszystko tu się zgadza. Matejkowski poszedł w swojej produkcji w barowy naturalizm z sajko rysem, z automatami, wódą i mniej lub bardziej zamierzoną krwią na twarzy. Smaku dodają tu zmultiplikowane ujęcia, wyglądające jak rozwarstwienie świadomości głównego bohatera.
Dym można wykorzystać w teledysku na wiele przeróżnych sposobów, ale nikomu dotąd nie udało się tego zrobić tak oryginalnie jak Sebastianowi Pańczykowi, autorowi jednego z najważniejszych klipów ostatnich lat. Aż nie chce się spoilerować, by nie psuć zabawy tym, których odstrasza maniera Piernikowskiego, więc poprzestańmy na paru stwierdzeniach-wytrychach: kamienice, odrealnienie, ciemna tonacja, preludium do apokalipsy. I dym. Dużo dymu.
Wspólny projekt Taco Hemingwaya i Quebonafide pokazał, że tak naprawdę nikt z nas nie jest w stanie oszacować, jak wielkie rzeczy pod względem promocyjnym mogą się jeszcze dziać na polskiej scenie rapowej w najbliższych latach. W Tamagotchi widzimy futurystyczno-postindustrialny zakład pełen więźniów w różu, w którym na równych zasadach funkcjonują harde karki i rozpikselowane, kobiece hologramy. Jeden z najbardziej charakterystycznych obrazów dekady? Oczywiście.
Od A do Z. W taki właśnie sposób przeprowadzono symulację różnych (i tych lepszych, i tych gorszych) stanów Żabsona w teledysku do DMT. Na tle polskiego rapu w ogóle ten klip rezonuje naprawdę mocno, bo spotkały się w nim wszystkie rzeczy, z którymi możemy skojarzyć temat przewodni – gra się tu barwami, ujęcia zmieniają się jak w kalejdoskopie, rzeczywisty obraz łączy się z grafikami, przejścia są dynamiczne, a używki zarysowane jak należy. Niby dochodzi do zjazdu, ale jest wysoko.
Co prawda jeszcze lepszy klip Michał Marczak zrobił dla legendarnej formacji Radiohead (I Promise - sprawdźcie!), ale Sportowe życie też jest świetne. Osadzony na jednym ze złomowisk obrazek pokazuje historię dwóch gości, którzy dzięki pasji i ciężkiej – nie tylko fizycznie, ale też kreatywnie – pracy stworzyli jedyne w swoim rodzaju zdekonstruowane auto. Co ciekawe, w rozmowie z Markiem Fallem i Jackiem Sobczyńskim, która odbyła się parę dni temu na antenie newonce.radio, Marczak zdradził, że to auto faktycznie zostało stworzone przez zapaleńca i można nim jeździć.