On pojawi się u nas w grudniu, ona – dopiero w maju. I jest coś w tym, że ta muzyka, choć od siebie różna, może nakłonić tych samych ludzi do wydania pieniędzy na bilety.
To nie musi być łatwa trasa dla Aminé. I nie dlatego, że Tour De Dance jest dla rapera w jakikolwiek sposób niebezpieczna. Cykl koncertów będzie bowiem promował jego najnowszy i chyba najbardziej osobisty w karierze album 13 Months of Sunshine. A na nim Aminé rozlicza się z dotychczasowym życiem – opłakuje bliskich, którzy odeszli, celebruje drobne sukcesy, nurza się w morzu refleksji. Podobno zamysł twórczy był taki, żeby zawarte na niej teksty były równie dobre nawet w oderwaniu od muzyki. Udało się? O tym będziecie mogli przekonać się 7 grudnia w warszawskiej Progresji. I jeszcze jedno – jako support wystąpi brytyjski newcomer Niko B, który generalnie nawija tak, jak młody Mike Skinner, więc może to dodatkowo przekona nieprzekonanych. Bilety jeszcze są.
Z kolei aż do maja będziemy musieli poczekać na koncert Amber Mark w stołecznym klubie Niebo. 5 maja sala zamieni się w miniparkiet – Amber łączy soul z rapem, leciutką elektroniką: housem czy 2stepem, ale i... bossa novą. Cztery pełnowymiarowe płyty na koncie, najnowsza, Pretty Idea, ukazała się kilkanaście dni temu. Poza tym jak dostajesz propsy uznania od Sade, no to znaczy, że jednak coś tam potrafisz. Amber Mark potrafi bardzo wiele. Na jej koncert również są jeszcze bilety.
Oba koncerty są gratką dla wszystkich, którzy nie do końca są zadowoleni z oddawania rapu i r'n'b maszynom. I Aminé, i Amber Mark celuję w powrót do instrumentów, żywe, lekkie, analogowe granie, choć oczywiście w ich treści wkrada się sporo nie tak lekkich przemyśleń. Jak tęsknicie za crossem hip-hopu z soulem, to te dwa koncerty dadzą wam sporo dobrego.
tekst powstał przy współpracy z Live Nation
