Andrzej Dragan: „Wszystkie chwyty dozwolone” (wywiad z gazety newonce #4)

Dragan
Pawel Fabjanski

Upłynął ponad rok, odkąd Quebonafide „powrócił z martwych”, a o jego „Futuramie 3” momentalnie zaczęli mówić wszyscy. Również dzięki spektakularnemu teledyskowi, z którego autorem udało się porozmawiać chwilę po tym, jak z gali Klubu Twórców Reklamy wrócił obładowany sześcioma mieczami (m.in. Best of Culture). I chwilę przed premierą książki „Quo vAIdis”. Dlatego nie mogło zabraknąć ani insightów futuramowych, ani AI-owych.

Wywiad pochodzi z czwartego numeru gazety newonce (grudzień 2025 roku)

Jest taka tendencja, że ikoniczni twórcy teledysków – prędzej czy później – porywają się na filmy. Weźmy przypadek Michela Gondry’ego, Spike’a Jonze’a czy Jonathana Glazera. W tobie jest podobna ambicja?

Mieliśmy takie podejścia z HBO, a potem z Platige Image, ale nie udało się ich dopiąć. Obwąchuję się z tematem, ale głównym blokerem jest chyba dobra historia. Im więcej się temu przyglądam, tym bardziej jestem przekonany, że choćby nie wiem, jak stawać na głowie z efektami, obsadą i tak dalej, to dobry scenariusz jest i tak najważniejszy. Mogłoby się wydawać, że do napisania historii potrzeba tylko kartki i długopisu, ale jest znacznie trudniej. Mnie to idzie słabo, bo nie jestem do tego odpowiednią osobą. Przeczytanie tony książek na temat scenariuszy ewidentnie nie wystarcza. Sam nie jestem w stanie tego uciągnąć, a nie udało mi się dotychczas znaleźć nikogo, kto skutecznie doprowadziłby taki projekt do końca.

Masz swoją topkę klipów ever?

Wspomniałeś Jonathana Glazera. On zrobił, można powiedzieć, teledysk wszech czasów – „Rabbit in Your Headlights” z gościem, którego przewracają samochody. Końcówki nie będę zdradzał ze względu na tych, którzy – jakimś cudem – nie widzieli.

Wyjątkiem od reguły, o której mówiłeś wcześniej, pozostaje Chris Cunningham. Tworzył przepiękne rzeczy wizualnie i koncepcyjnie. Jednym z moich ulubionych teledysków – do przeciętnego skądinąd utworu – jest „Afrika Shox”. Zdjęcia tam zrobił Darius Khondji, który jako operator pracował przy „Siedem”. Oni sobie po prostu latali po Nowym Jorku z kamerą przez trzy dni z fantastycznym pomysłem, przestrzenią i głębią.

Cunningham w ogóle zabierał się za duży film. Mówiło się, że nakręci „Neuromancera”. Były plotki, ale nic z tego nie wyszło i reżyser przepadł kompletnie. Nie wiem, czy przez swój introwertyzm, czy były jakieś inne przyczyny.

Przy pracy nad teledyskiem większy nacisk kładziesz na technikę i technologię czy wiodącą koncepcję?

Myślę, że najważniejszy jest pomysł. Bo jak go masz, to sposób realizacji się zawsze znajdzie. A jak się nie potrafi czegoś zrealizować, to się można nauczyć. Pracuję właśnie w ten sposób – nie uczę się kompleksowo rzeczy, tylko jak chcę coś zrobić, to się douczam na bieżąco. Zazwyczaj się sprawdzało.

Przy „Futuramie” robiłem montaż, postprodukcję, a wcześniej to reżyserowałem, ale wszystko zaczęło się od pomysłów, bez których to wszystko by się nie udało. A wymyślaliśmy je z moją narzeczoną – Kasią Kausą.

W kontekście sztucznej inteligencji i jej rozwoju kreślisz raczej alarmujące scenariusze. A jednak „Futurama 3” nie powstałaby bez narzędzi AI. Pół żartem, pół serio – jesteś kolaborantem na wojnie ludzi z maszynami?

Zacząłbym od tego, że ja wcale nie mam ochoty kogokolwiek alarmować. Jeżeli o czymkolwiek informuję, to o swojej ograniczonej wyobraźni, bo trudno mi sobie wyobrazić długofalowe scenariusze, które byłyby dla nas różowe. Ale to, że ja sobie czegoś nie potrafię wyobrazić, nie znaczy, że takich scenariuszy nie ma. To jest wyłącznie moje ograniczenie. Nie staram się nikomu udzielać jakichkolwiek rad ani przewidywać przyszłości.

Jest jakaś histeria wokół sztucznej inteligencji, która przypomina mi panikę wokół fotografii na początku XX wieku, rozpętaną przez malarzy. Twierdzili, że to w ogóle żadna sztuka, a w ogóle to nadciąga koniec twórczości. Potem fotografowie tę samą krucjatę rozpętali przeciwko fotografom cyfrowym.

Jest taki wybitny fotograf z Londynu – Nick Knight. Miał na ten temat bardzo ciekawą i wyważoną wypowiedź. Mówił, że to, z czym mamy teraz do czynienia, to historia sztuk wizualnych już widziała wiele razy. W postprodukcji „Futuramy” rzeczywiście używałem różnych narzędzi AI. Jeśli jednak przypatrzeć się dokładnie, ile AI rzeczywiście znalazło się w teledysku, to było tego bardzo mało. Jest kilka przejść, kilka ujęć. Z kolei wiele kadrów wyglądających na generowane w rzeczywistości sam kręciłem kamerą do makrofotografii. Chociażby chwile, kiedy kamera wjeżdża do wnętrza zegara.

Dużo rzeczy było tam nakręconych, ale rzeczywiście mieliśmy wspomagające narzędzia. Dzięki wymieszaniu różnych technik – łącznie z animacją poklatkową i wycinaniem oraz filmowaniem wydruków z papieru – z efektami wizualnymi opartymi na CGI czy na AI wyszła z tego kolażu eklektyczna całość.

W jednej ze swoich wypowiedzi nazwałeś osoby od produkcji filmowej „mięsnymi interfejsami”. To był trolling czy serio tak uważasz?

To było nawiązanie do Wisławy Szymborskiej, którą chyba wszyscy lubią. Ona nazwała człowieka „niemądrym mięsem”. Bardzo słusznie zresztą, więc jak się obrażać, to na noblistów, nie na mnie. Oczywiście, że to lekki prztyczek wycelowany w nabzdyczonych ludzi, którzy uważają, że są najważniejsi i niezastąpieni. Technologia już nieraz wyprowadzała ludzi z tego błędu.

W przypadku tego konkretnego teledysku najważniejszą pomocą ze strony AI było to, że zamiast budować pełną scenografię czy szukać lokalizacji, siedzieliśmy w studiu. Wydrukowaliśmy sobie obrazy na tłach jak w zakładach fotograficznych. One były generowane za pomocą Midjourney. Mieliśmy różne scenerie, które majaczyły z tyłu – metro, pałac. To były wielkie wydruki, czego nie tylko nie ukrywaliśmy, ale wręcz wprost pokazaliśmy. Mogliśmy zrezygnować z latania po różnych miejscach i wszystko zostało nakręcone w jeden dzień.

Ale masz takich reżyserów, którzy byli np. zafiksowani na naturalne światło, typu Jean-Luc Godard albo Terrence Malick. W tobie nie ma sentymentu za analogowym rozwiązaniem, romantycznym pierwiastkiem magicznym?

Nikomu nie będę mówił, co warto robić, co jest szlachetne, a co nie. Jestem daleki od pouczania innych. Kiedy jednak słyszę tego typu rzeczy, to trochę brzmi jak bufonada. Jeśli chodzi o światło naturalne, to można je odtworzyć, używając prymitywnych lamp LED-owych.

Dla mnie to nie ma dużego znaczenia. Aparat może być taki, może być inny. Czy to jest aparat na kliszę, czy na film, czy na negatyw, czy na pozytyw. Czy aparat cyfrowy. Większością tych narzędzi uda się uzyskać różne efekty. Z aparatami cyfrowymi czy techniką cyfrową może być ewentualnie trudniej, bo tam trzeba wszystko dokładnie rozumieć i mieć pod kontrolą. A jak pracuję ze światłem naturalnym, odjechanym czy popsutym obiektywem, rozmycia obiekcjami anamorficznymi są czymś, co uwielbiam, ale to nie jest fetysz, o który będę się zabijał. „Futuramę” robiliśmy takimi obiektywami i to jest obraz filmowy kręcony na Panavision, ale nie byłoby dramatycznej różnicy, gdybyśmy zastąpili to czymś innym. Ekscytowanie się medium jako czymś świętym, to przesada, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

To nie zawody sportowe. W sporcie są reguły – jak biegniesz na sto metrów, to nie możesz jechać samochodem, a jak ktoś wsiądzie na rower, to będą krzyczeć, że oszukuje. Tutaj celem jest wywołanie emocji. Jak to zrobisz, jakie to będą emocje, jak je będziesz kontrolował – to jest twoje zadanie i nie ma żadnej recepty. Gdyby istniała, byłaby wypróbowana przez wszystkich i wszystkim by się znudziła. Cała idea polega na tym, żeby wymyślić sposób na przyciągnięcie odbiorcy czy sprowokowanie go do czegokolwiek. Jedyną rzeczą, której trzeba unikać, jest obojętność. Poza tym według mnie wszystkie chwyty są dozwolone.

Mówisz, że to nie zawody sportowe, ale serio nie czujesz ducha rywalizacji, żeby się znaleźć w peletonie wyścigu technologicznego?

Tak, jak powiedziałem – ważne jest to, żeby zaskoczyć, zwrócić uwagę, poruszyć emocje. To jest istotne. Jak używasz techniki, której nikt jeszcze nie użył – no to jest jakaś przewaga, dlatego że pokazujesz coś nowego. Ludzie są znudzeni, zamordowani sygnałami, które ich bodźcują z każdej strony. Wydaje im się, że widzieli już wszystko, co jest kompletną bzdurą. To, że wszystko już było, słyszałem setki razy. Jak zajmowałem się fotografią i robiłem portrety, to też wszyscy mówili, że nie da się tu wymyślić nic nowego.

Oczywiście – czasem pomaga, jak robisz coś po raz pierwszy, jednak jak coś jest zrobione fajnie i dobrze, to się nie opatrzy. Chris Cunningham jeszcze przed „Matriksem” wprowadzał podobne, nowatorskie techniki w reklamie Orange, a ludzie ciągle oglądają „Matrix” i się nim zachwycają, bo tam jest coś więcej niż sama technika – kunszt operowania nią.

Abstrahując od „Futuramy”dysponujesz ponadpublicystyczną wiedzą na temat rozwoju AI, więc chciałbym się zapytać, co tam się teraz dzieje godnego uwagi?

Wszyscy stawiają słusznie na umiejętność rozumowania modeli, na tzw. modele rozumujące, które zaczęły powstawać od zeszłego roku.

Teraz jesteśmy na takim etapie, że modele językowe – podkręcone i z dużą liczbą możliwości – są w stanie rozwiązać problemy z międzynarodowej olimpiady matematycznej. Prawie tak dobrze jak najlepszy uczestnik tej olimpiady. To się szybko zmienia w kompletną supremację – pewnie jeszcze kilka miesięcy i człowiek nie będzie miał pod tym względem startu do tych modeli. A one zostały stworzone przez trzech programistów jako side quest. Na zasadzie: „Chyba mamy teraz możliwość zrobienia modelu, który zdobędzie złoty medal na olimpiadzie matematycznej, spróbujmy”. Piszę o tym sporo w swojej nowej książce – „Quo vAIdis”.

Z perspektywy sztuk wizualnych spektakularne są efekty, które robi Google i narzędzia, pozwalające tworzyć, co tylko się chce. To zupełnie usuwa jakiekolwiek ograniczenia dla twórców. Za 100 dolarów miesięcznie.

Ja bardzo lubię Davida Finchera. To według mnie najwybitniejszy twórca, jeśli chodzi o warsztat reżyserski. Jeśli cokolwiek umiem, to nauczyłem się tego, poznając jego filmy. On zwrócił uwagę, że to nie jest ważne, co zrobisz w filmie. Bo obecnie możesz zrobić wszystko – kosmitów, wybuchające planety, co tylko przyjdzie ci do głowy. Ty to wiesz, publiczność to wie. I dlatego najważniejsze jest to, czego nie robisz, jakie ograniczenia sobie narzucisz. Jak jest teraz możliwość używania AI do różnych rzeczy – możemy zdecydować, czego nie używamy z jakiegoś konkretnego powodu. To konwencja – coraz trudniejsza umiejętność powstrzymywania się przed używaniem technologii. Bo kuszące jest, żeby technologią przepakować wszystko. Pytanie brzmi: czy możemy w interesujący sposób się od tego powstrzymać?

Trudno mi sobie wyobrazić, żeby zrobić w Polsce większy kocioł klipem, niż ten, który ty zrobiłeś ty w ciągu ostatnich miesięcy. Rozmawiamy zresztą po tym, jak wróciłeś z sześcioma mieczami z gali Klubu Twórców Reklamy. Gdzie na liście twoich dokonań plasuje się „Futurama”?

Zrobiłem to bardziej hobbystycznie. Nie jestem zawodowym reżyserem. Z całą sympatią dla Kuby – dla mnie to też był trochę taki side quest – projekt, który nakręciliśmy sobie przed wakacjami, żebym mógł przy nim spokojnie dłubać po godzinach w Singapurze, gdzie zawsze jestem latem. Tak sobie pomyślałem, że spędzę lipiec i sierpień nad postprodukcją tego. No więc to była dla mnie odskocznia od innych rzeczy i fajnie, że się wydarzyła.

Znowu pół żartem, pół serio – nie boisz się, że będziesz po tym już zawsze kojarzony jako ten Andrzej Dragan od Quebonafide?

Nie sądzę. Jak zajmowałem się fotografią, ludzie się dziwili, że się zajmuję fizyką. Tak samo było, jak jechałem na konferencję z fizyki i ktoś się dowiadywał, że robię zdjęcia. Wcześniej zajmowałem się komponowaniem muzyki komputerowej – w zamierzchłych czasach byłem znany głównie z tego. Teraz jest jeszcze to i parę innych rzeczy.

A interesuje cię jednoznaczne pozycjonowanie jako autora blockbusterów – wysokobudżetowych teledysków czy widzisz przestrzeń na minimalistyczne, lo-fi realizacje?

Nie, nie. Miałem nawet pomysł, żeby z Kubą zrobić teledysk, który kosztowałby zero. Dosłownie. I ten pomysł cały czas jest. Może kiedyś go użyję. Uważam, że jest bardzo oryginalny, bo wykorzystuje nowoczesną technologię w taki sposób, żeby w ogóle nie było jej widać. Do tego potrzebny jest jednak odpowiedni utwór. I nawet był taki moment, że mogliśmy to zrobić z Kubą, ale jemu było już chyba głupio ze względu na pretensje ludzi, że ma czelność cokolwiek robić, a zapowiedział emeryturę. Nie chciał więcej wkurzać nikogo i nic z tego nie wyszło. Zdarzają się więc pomysły, które można zrealizować chałupniczo. Moim zdaniem byłoby to coś ciekawego i oryginalnego, ale z powodów geostrategicznych do tego nie doszło.

Popkulturowy świat zrobił się bardzo mały i przez to dystans, który dzieli Polskę z zagranicą, też się skrócił. Liczby, które wykręciłeś z Kubą, nie mogły przejść niezauważone również poza „własnym terenem”. Pojawiły się jakieś duże propozycje międzynarodowe?

Różne rzeczy się pojawiają, ale jestem dość wybredny. Wiem, że jak coś ma się udać, musi mi siedzieć. Wybór utworu oznacza, że w krótkim czasie będę go słuchał tysiąc razy albo więcej. I to musi być taki utwór, że nie będę go miał po tym dosyć. Inaczej po prostu bym zwariował podczas tego procesu. Z Kubą też nie poszło za pierwszym razem, mieliśmy wcześniej parę podejść do innych utworów. A jak usłyszałem „Futuramę”, od razu wiedziałem, że musieliśmy to zrobić.

Pracujesz teraz nad czymś? Wszystkich pewnie interesuje twój – potencjalny – kolejny klip, bo wiadomo, że poprzeczka oczekiwań jest zawieszona bardzo wysoko.

Jeżeli mam jakąś poprzeczkę, to jest ona nie w tej branży. Nie pracuję teraz nad niczym filmowym. To nie jest mój zawód, to nie jest moja ambicja. Sprawia mi to przyjemność, więc jak jest okazja i moce przerobowe, to czemu nie. Ale nie czuję nadmiernej potrzeby udowadniania komukolwiek czegokolwiek.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Senior editor w newonce.net. Jest związany z redakcją od 2015 roku i będzie stał na jej straży do samego końca – swojego lub jej. Na antenie newonce.radio usłyszycie go w autorskiej audycji „The Fall”, ale też w "Bolesnych Porankach". Ma na koncie publikacje w m.in. „Machinie”, „Dzienniku”, „K Magu”,„Exklusivie” i na Onecie.