Bon Iver, czyli najbardziej wpływowy artysta offowy

Zobacz również:Hyperpopowa rewolta. Czy tak brzmi przyszłość muzyki popularnej?
Bon Iver
Simone Cecchetti/Corbis via Getty Images

Występuje w naszym języku fraza o głosie wołającego na puszczy, ale nie jest to przypadek Justina Vernona. Jego kariera rozpoczęła się co prawda w głuszy stanu Wisconsin, ale jak mówić o braku oddźwięku w kontekście dwukrotnego zdobywcy Grammy, partnera tanecznego Kanye'ego Westa i współpracownika Taylor Swift, który znalazł się na czarnej liście Nicki Minaj?!

Artykuł ukazał się w czerwcu 2021 roku

Alternatywni wykonawcy niejednokrotnie wkraczali na masowe ścieżki, a nurt główny nieraz wchłaniał intrygujące zjawiska z offu. Dobrzy artyści kopiują, wielcy kradną – powiedział kiedyś Pablo Picasso i coś w tym jest. Wiele karier zostało przecież zbudowanych na czujnych cytatach z undergroundu. Elliott Smith wyznał w jednym z wywiadów, że został naprawdę doceniony przez matkę dopiero po oscarowej nominacji za Miss Misery. Sufjan Stevens mógł uchodzić za natchnionego barda Ameryki, ale i tak uznano za nobilitację, gdy wyszło na jaw, że Kanye przymierzał się do piratowania Carrie & Lowell z YouTube'a.

Współczesny mainstream – włączając scenę rapową – jest od dłuższego czasu prawdopodobnie bardziej eklektyczny i patchworkowy niż kiedykolwiek wcześniej. Nagle okazało się, że SZA puszcza Tame Impalę Rihannie podczas sesji nagraniowych u Kendricka Lamara, a Kevin Parker zostaje zaproszony przez Travisa Scotta do prac nad Astroworld. Biorąc pod uwagę choćby Same Ol' Mistakes, Skeletons czy współpracę z Dua Lipą – można by uznać, że to właśnie Australijczyk jest monopolistą ćwierćwiecza, jeśli chodzi o niezalową siłę wśród rynkowych gigantów. Można by, gdyby nie 45-latek o aparycji dziewiętnastowiecznego czeladnika.

A gdyby tak rzucić wszystko

Miejska legenda głosi, że w 2006 roku na Justina Vernona spadł każdy możliwy dopust boży. Nikomu nieznany dwudziestoparolatek cierpiał wtedy na mononukleozę zakaźną, porzucił granie w zespole z dziesięcioletnim stażem i rozstał się z dziewczyną. Pod ciężarem tych wydarzeń zdecydował się porzucić Karolinę Północną i zrealizować popularne u nas marzenie o spierdoleniu w Bieszczady. Z tym, że u niego funkcję Bieszczad spełniło hrabstwo Dunn w Wisconsin.

Na pewnym etapie zdałem sobie sprawą, że całe moje życie podporządkowałem kompromisowi i wpadłem przez to w spiralę przeciętności – oceni swoją ówczesną sytuację z perspektywy czasu. Jak Smarki Smark – chciał więc mieć coś, co nie leżało obok kompromisu, więc wziął od ojca klucze do domku myśliwskiego i zaszył się tam ze sprzętem, stawiając sobie za cel nagranie szkiców autorskich utworów. Po wszystkim wytłoczył pięćset egzemplarzy czegoś, co w zamierzeniu miało być demówką. Część z nich trafiła do dziennikarzy i machina hype'u poszła w ruch, co nie mogło dziwić. Same pierwsze sekundy Skinny love wystarczą, żeby dostrzec tu uduchowiony, samotniczy singer-songwriting z elementami białego gospel, a nie kolejny hipsterski produkt piosenkopodobny.

Vernon za sprawą For Emma, Forever Ago związał się lukratywnym kontraktem z Jagjaguwar, zagrał u Lettermana, doczekał się przeboju w serialu Grey's Anatomy i odnotowywał rosnącą sprzedaż. W 2017 roku jego debiut pokrył się platyną w Stanach. W 2020 roku trafił do ostatniej setki prestiżowego zestawienia The 500 Greatest Albums of All Time magazynu Rolling Stone. Właściwie w dwa lata gość pokonał drogę z okręgówki do ligi mistrzów.

Elektryk wysokich napięć

Kiedy 17 maja 1966 roku Bob Dylan porzucił na koncercie w Manchesterze gitarę akustyczną i folkowe ideały – jeden ze zszokowanych widzów krzyknął do niego: Judaszu! Na metamorfozę o podobnej skali zdecydował się Justin Vernon, wydając drugi album. Sukces debiutu pozwolił mu na wybudowanie studia w Fall Creek i otoczenie się zastępem doskonałych muzyków (wśród nich znalazł się m.in. saksofonista Colin Stetson), a to skończyło się istną terapią szokową. Równo 15 lat temu – w czerwcu 2011 roku.

W związku z olbrzymimi oczekiwaniami Bon Iver musiał wziąć sobie do serca stare porzekadło mówiące, że kto stoi w miejscu, ten się cofa. Potraktował temat swojego folku wywrotowo i postanowił dopisać do niego swego rodzaju rozwinięcie. Zamienił pudło na gitarę elektryczną, sięgnął po synth-popowe zabawki i auto-tune, skorzystał na większą skalę z dobrodziejstw sekcji rytmicznej. Nie oznacza to bynajmniej, że porzucił na dobre ścieżkę eskapizmu. Jednakże nawet gdy para się standardowo rozwleczonymi kompozycjami na wolnych tempach to wplata w nie trąbkę, saksofon, orkiestracje czy pianino albo zatapia je w podróżniczych ambientach i niby-postrockowym ekspresjonizmie. Jest to wszystko na pewno bardziej sterylne, zdecydowane i głośniejsze niż kiedyś, choć Justinowi nadal zdarza się mówić szeptem. Self-titled wygląda więc na próbę popkulturowej transfuzji krwi dla indie folku i alt-country – pisałem dziesięć lat temu na łamach Onetu.

Gdy wszyscy spodziewali się od niego kolejnej porcji rzewnych ballad, on wjechał ze springsteenowską superprodukcją i przytulił za to dwie nagrody Grammy. W tamtym czasie nie był już pieśniarzem dla wtajemniczonych – tylko fenomenem, który przysiadł się do stolika z najlepszymi i za żadne skarby nie miał zamiaru opuszczać restauracji. W okresie, gdy powstawało Bon Iver – Vernon wziął udział w legendarnych sesjach do My Beautiful Dark Twisted Fantasy.

Kanye sam do mnie dotarł. Zadzwonił, ponieważ chciał wykorzystać sample z Woods. Rozmawialiśmy o życiu i sztuce przez dwa czy trzy kwadranse. Powiedział, że ceni moją estetykę i punkt widzenia na produkcję. Ostatecznie stanęło na tym, że zaprosił mnie na Hawaje. Dotarłem tam z Minneapolis, a zanim zaczęliśmy nagrywać, poszliśmy porzucać do kosza – wspominał. Z tego wszystkiego wyniknęły Monster i Lost in the world.

Wiesz z kim tańczysz

Symbolicznym momentem blow-upu dla Bon Ivera był klip do kawałka Friends, gdzie muzyk wykonywał układ synchroniczny właśnie w towarzystwie Kanye'ego. Miało to miejsce na kilka chwil przed zakończeniem kilkuletniego hiatusu i powrotem z wydawnictwem 22, A Million. Podobnie jak następne - I, I było czytelnym sygnałem, że Vernona nie interesują kameralne projekty – tylko bombastyczne produkcje, przepych aranżacyjny, eksperymenty z wykorzystaniem wokalu. Dość odnotować, że kiedy w 2016 roku wyszły premiery od trójki Frank Ocean – James Blake – Justin Vernon, właśnie ten ostatni dostarczył rzecz najbardziej efekciarską. Właśnie ten brak zaciągniętego hamulca ręcznego pozwolił mu przebić szklany sufit, o który głowę rozbiły sobie rzesze sezonowych pieszczoszków Pitchforka.

Vernon to trendsetter, którego twórczość miał olbrzymi wpływ choćby na ostateczny kształt Blonde. Ten instant klasyk nie brzmiałby po prostu tak, jak brzmi, gdyby Frank Ocean nie zasłuchiwał się w Bon Iver. Działa to zresztą także drugą stronę i nie ma przypadku w tym, że tej dwójce zdarzyło się wspólnie zagrać surprise show w Nowym Jorku. Hitem jest, że muzyk został zaprzęgnięty do pracy także przy Yeezusie i znalazł się w jednym numerze z Chief Keefem, co stanowiło supeekstrawaganckie zderzenie temperamentów. Amba fatima nastąpiła, kiedy jego wokal został wykorzystany w utworze Eminema z albumu Kamikaze, gdzie padał homofobiczny slur. Po pomoc do artysty – za pośrednictwem Aarona Dessnera z The National – zwróciła się Taylor Swift, gdy na wysokości Folklore/Evermore dokonywała skrętu w kierunku rustykalnych, elektroakustycznych brzmień. Taylor stwierdziła, że umarłaby za taką współpracę, a ja mam satysfakcję, że udało mi się doprowadzić do spotkania dwóch najważniejszych autorów piosenek i wokalistów tego pokolenia – zachwycał się współproducent dwóch ostatnich krążków gwiazdy pop.

Miłośniczką Vernona nie jest chyba tylko Nicki Minaj, która w dość pogardliwy sposób wyraziła się o nim, wylewając żale na Grammy.

Na ten moment dyskografię Bon Iver zamyka superudany, ubiegłoroczny materiał SABLE, fABLE...

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Senior editor w newonce.net. Jest związany z redakcją od 2015 roku i będzie stał na jej straży do samego końca – swojego lub jej. Na antenie newonce.radio usłyszycie go w autorskiej audycji „The Fall”, ale też w "Bolesnych Porankach". Ma na koncie publikacje w m.in. „Machinie”, „Dzienniku”, „K Magu”,„Exklusivie” i na Onecie.