Czy da się opowiedzieć o Polsce ostatniego stulecia za pomocą losów jednego budynku? Tak, jeśli ta opowieść dotyczy takich domów, jak warszawska kamienica przy Litewskiej 10. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarne prezentujemy fragment książki „Dom warszawski”.
Alchemik
Jeśli wyobrazimy sobie, że dom jest jak ciało człowieka umiejscowione w przestrzeni, to strych i dach – jego górne granice – będą regionami, które łączą go z niebem. Innym, nieznanym wymiarem. Podobnie jest na Litewskiej, gdzie na dachu urzędują złe duchy. Przychodzą zwykle po zmroku i nierzadko zostają do rana. Najpierw wdrapują się po metalowej drabince z podestu na ostatnim piętrze drugiej klatki, przy czym – jak to istoty nadprzyrodzone – świetnie radzą sobie z kłódką zamykającą klapę. Potem, wygodnie usadowione, obserwują z góry życie domu. Gdy ten pustoszeje, przez balkony najwyższego piętra oficyny dostają się do mieszkań. Zdarza się, że źle ocenią sytuację, wtedy mieszkańcy stają z nimi oko w oko. Jak w 1979 roku, gdy – wcześnie rano – zaskoczyły jedną z mieszkanek, leżącą akurat w łóżku.
– W pokoju rozległ się męski głos: „Tu Sosna, odbiór” – opowiada Joanna Kośmider, lokatorka mieszkania pięćdziesiąt sześć, które próbowano dwukrotnie obrabować w biały dzień. – Odwracam się i widzę kominiarza z krótkofalówką, kontaktującego się z drugim, który zapewne przez komin sprawdzał drożność przewodów. Mój „gość” wszedł przez otwarte drzwi balkonowe. Powiedziałam grzecznie „dzień dobry”. Pan skinął głową, wymruczał „w porządku”. Do dziś nie wiem, czy do mnie, czy do kolegi na zewnątrz. I wyszedł. Ponieważ pod dachem w oficynie mieści się tylko maszyneria windy, nie ma strychu, mieszkańcy chcący suszyć pranie korzystają z suszarni w pierwszej klatce. Sufit jest tam nisko, trzeba poruszać się z pochyloną głową. Pod nim plątanina sznurków – każdy lokator ma swoje. Zmory i tutaj nie odpuszczają. Nie dość, że odprawiają swoje ekscesy, to jeszcze potrafią zawładnąć niczego niespodziewającą się ofiarą. Musiało się to przydarzyć Krystynie, drugiej żonie Witolda Konopki, bo pewnego dnia ni stąd, ni zowąd zaczepiła na ulicy dozorczynię i zaczęła krzyczeć, że sznurki rozwieszone na strychu to pułapka zastawiona specjalnie po to, by ją, Konopkową, udusić. Dozorczyni nie lubi odwiedzać z korespondencją mieszkania numer dwanaście, bo gospodyni za nic nie chce przyjąć jej w drzwiach. Ciągnie do kuchni, gdzie po paru minutach względnie zwyczajnej rozmowy wpada w dziwny stan przypominający furię. Dozorczyni, cała spięta, czeka tylko, by uciec. Podobnie sąsiedzi: tężeją, gdy przyjdzie się im spotkać na schodach, bo to oznacza, że czeka ich awantura bez powodu. Od czasu do czasu zza drzwi środkowego mieszkania na pierwszym piętrze dochodzi też przeciągłe, jakby wilcze wycie.
A w lipcu 1996 roku w domu na Litewskiej pojawia się Alchemik. Co prawda tylko z wizytą, nie jako lokator, ale w tym czasie każdy polski dom chciałby go zaprosić do siebie. To jakby w czasach domu KC na klatkę zajrzał sam Chruszczow. Paulo Coelho, jeden z najpoczytniejszych autorów na świecie, gości w mieszkaniu numer jedenaście, gdzie mieszkają Stępniowie. Przyjechał z misją: chce zostać ojcem chrzestnym małej Marysi, córki Barbary, która w tym czasie została wydawczynią jego książek w Polsce. Coelho wychował się w katolickiej rodzinie, uważa się za katolika i upiera przy swojej prośbie. Nie przewidział, że kiedy – jak Barbara – nie ma się chrztu ani męża, może z tym nie być tak łatwo. Ale gwieździe, zwłaszcza zaprzyjaźnionej i przekonanej do swego pomysłu, trudno cokolwiek wyperswadować. Barbara odbija się od drzwi do drzwi, począwszy od najbliższej parafii przy Placu Zbawiciela, gdzie słyszy, że Stępniowie nie figurują w kościelnej kartotece. Wreszcie trafia do najstarszego warszawskiego kościoła na Starym Mieście, gdzie ksiądz pyta tylko o termin, a gdy słyszy, że chrzestnym ma zostać Brazylijczyk, rozpromienia się – był w tym kraju na misji. Coelhowi udaje się dopiąć swego.
– Taki to był okres na fali, od początku wokół Alchemika działo się dużo dobrego, jakby zagrały miejsce, czas i okoliczności – mówi Barbara. Jak w najsłynniejszym cytacie z książki, który stał się już memem: „Jeśli czegoś naprawdę gorąco pragniesz, to cały Wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu”. Alchemik to druga książka Coelha i bestseller, który pobił wszystkie możliwe rekordy – od nakładów (ponad trzysta dwadzieścia milionów egzemplarzy!) przez czas pozostawania na listach bestsellerów, choćby „New York Timesa”, po liczbę tłumaczeń na inne języki. Rodzaj twórczej improwizacji na temat stary jak świat – podróż bohatera, motyw przewodni mitów niemal wszystkich kultur. W tym wypadku to przypowieść o andaluzyjskim pasterzu poszukującym skarbu. Książka wpada w ręce Barbary we Francji, dokąd wyjechała w listopadzie 1981 roku.
– Byłam wtedy pogubioną dziewczyną po liceum z wykładowym francuskim, nie wiedziałam, czego chcę i co mam dalej robić. Znalazłam się na studiach z cybernetyki, nie podobało mi się. Dwa lata po maturze postanowiłam, że zdaję na medycynę, zabrakło mi pół punktu, przez rok pracowałam w szpitalu jako salowa. Za drugim podejściem – znów o pół punktu za mało. Interesowała mnie trochę psychologia, trochę architektura, chodziłam nawet na lekcje rysunku, ale nic z tego nie wyszło. Postanowiłam pojechać do Francji, przyszedł stan wojenny, zostałam. Pracuje w rozmaitych miejscach: od agencji marketingowej po salon mody, ale też sporo jest w jej życiu podróży – Mongolia, Izrael, Ekwador, półtora miesiąca w dżungli amazońskiej.
W trakcie powrotu z Amazonii ma wyrazisty sen. Barbara, którą jeszcze do trzydziestki będzie prześladował powracający koszmar o hitlerowcach dobijających się do drzwi mieszkania na Litewskiej, mówi, że w czasie życiowych przełomów zawsze śniła mocno i intensywnie. Tym razem we śnie widzi swój hotelowy pokój, a w łóżku śpiącą na jej miejscu dziewczynę z ciemnymi włosami do ramion. Budzi ją, dowiaduje się, że dziewczyna przyjechała z Rio de Janeiro i ma ze sobą notes z adresami czterech francuskich wydawców. Widzi też krajobrazy Rio, w które wchodzi, kamieniste brzegi jakiejś rzeki.
– Krótko potem przeczytałam w ciągu jednej nocy Alchemika, podarował mi go przyjaciel i jak mówiły później tysiące innych czytelniczek: książka ta zmieniła moje życie. Miałam poczucie, że autor wyjął mi z głowy to, co sama mogłabym napisać. Już wtedy Barbara myśli o powrocie do Polski i założeniu wydawnictwa – przyszło jej to do głowy, gdy pracowała w księgarni zajmującej się sprzedażą literatury z krajów słowiańskich i wydającej też kilka książek rocznie. Ma już nawet dla niego nazwę. Razem ze znajomym tłumaczą od jakiegoś czasu inny tekst z myślą o publikacji, ale żadne z polskich wydawnictw go nie chce. Teraz postanawia wydać Alchemika w Polsce. Ktoś proponuje jej pracę tłumaczki dla polskiego wydawcy na Targach Książki w Paryżu. Barbara uznaje, że to dobra okazja, żeby zobaczyć, jak wyglądają negocjacje przy kupowaniu praw autorskich. Francuskie oficyny wydawnicze, z którymi rozmawia w imieniu pracodawcy, okazują się firmami z jej amazońskiego snu. Podchodzi też do stoiska francuskiego wydawcy Coelha, pyta o kontakt do niego. Dowiaduje się, że autor będzie w Paryżu następnego dnia. W mieście wówczas panuje szał na Alchemika – książkę widać na wszystkich wystawach, na stolikach kawiarnianych, w rękach podróżujących metrem Francuzów. 22 marca Coelho rozgląda się na miejscu za osobą, z którą go umówiono, i wycofuje się – spodziewał się pulchnej blondynki, a Barbarę z jej południową urodą bierze za czytelniczkę z Nowego Świata. Ona na zawsze zapamięta datę ich pierwszego spotkania, bo przegadają dwanaście godzin, w dodatku nie tylko o literaturze. To nie koniec dziwnych koincydencji, które trudno racjonalnie wytłumaczyć: asystentka towarzysząca Coelhowi wygląda wypisz wymaluj jak dziewczyna z jej amazońskiego snu. Wieczorem autor dzwoni do swojej agentki:
– Mam tu dziewczynę z Polski, która wyda Alchemika.
Barbara słyszy, jak agentka krzyczy do słuchawki:
– Ale już mamy prawie podpisaną umowę z innym wydawcą! Bezskutecznie. Coelho udziela jej praw do książki, potwierdzając obietnicę podpisem, pod jednym warunkiem: Barbara ma ją przetłumaczyć samodzielnie z francuskiego wydania. Siedzi więc po nocach razem z zaprzyjaźnionym tłumaczem Andrzejem Kowalskim i przekłada. Trzy lata później dowie się, że tamtego pamiętnego dnia Coelho z agentką założyli się o szampana: on obstawiał sukces, agentka porażkę. Alchemik ukazuje się w Polsce w 1995 roku nakładem nowego wydawnictwa Drzewo Babel. Nazwa nawiązuje do biblijnej przypowieści, która zawsze irytowała Barbarę swoim destrukcyjnym przesłaniem. Babel zostaje jako znak wielu cywilizacji, kultur i języków – jak książki, które Barbara chce wydawać – ale zamiast wieży jest drzewo: ma korzenie w ziemi i koroną sięga nieba, ale jest przeciwieństwem wieży, w której zrodziło się ludzkie niezrozumienie. Po powrocie do Polski razem z przyjaciółką zakłada wydawnictwo, ignorując przestrogi: że przytłoczą ich formalności, oszukają kontrahenci, książka się nie sprzeda, bo Polacy czytać nie lubią. Ani jedna z czarnych przepowiedni się nie sprawdzi, poza tym, że przez pierwsze dwa lata faktycznie Alchemik sprzedaje się średnio: po pięćset egzemplarzy miesięcznie. Znajomi mówią, że to i tak świetnie, Barbara wie, że to zbyt mało. We dwie robią wszystko, co mogą, by wypromować książkę na rodzimym rynku. Zachodzą do księgarni, dopytują o przyzwyczajenia czytelników. Obie pracują we Francuskim Instytucie Zarządzania, bo wydawnictwo na razie nie przynosi dochodów. Początkowo na spółkę wynajmują też mansardę na Ochocie, gdzie córka Barbary spędza pierwsze miesiące życia. W mieszkaniu robi się ciasno, trudno też taszczyć wózek na ostatnie piętro bez windy. W latach dziewięćdziesiątych mieszkania wykupione od miasta można wreszcie sprzedawać na wolnym rynku. Po śmierci Witolda i Krystyny Konopków ojciec Barbary dogaduje się z Jackiem Konopką, ich synem, i kupuje sześćdziesiąt pięć metrów po nich. Dla córki, by miała swoje miejsce. Drzewo Babel ukorzenia się w jej nowym mieszkaniu pod dwunastką.
Wspomnienia Bronisława Stępnia ukażą się nakładem wydawnictwa Barbary: prezent córki dla ojca. Gdyby Wadim, sąsiad z klatkiobok, dokończył swoją książkę o historii rodzinnej Niekrasowów, też miałby się do kogo zwrócić z prośbą o publikację.
„Jadę do już nieznanej mi kuzynki, którą bardzo słabo pamiętam, ale jestem jakby w stanie hipnozy – zwierza się przygodnemu rozmówcy alter ego Wadima. – Ciągnie mnie tam pewna sprawa, rozwiązania której oczekuję po widzeniu się z moją kuzynką”. Brzmi jak początek kryminalnej intrygi, której przydałby się jeszcze dobry redaktor. Nic z tego. Barbara nie ma pojęcia, że Wadim Niekrasow, Pierwszy Lokator jej domu, nad czymkolwiek pracował. Spisywany od połowy lat siedemdziesiątych, ledwie rozpoczęty szkic przyszłej opowieści znajdzie po śmierci autora rodzina.
„Już nie pamiętam, o czym mówiłem, na czym zakończyłem moje opowiadanie” – wyznaje po kilku stronach narrator. Jego córka, która już na studiach świetnie rysowała i dorabiała sobie, przygotowując ilustracje i kolaże dla spółdzielni wydawniczych, w Paryżu znajdzie etat graficzki i stopniowo stanie się rozpoznawalną ilustratorką książek dla dzieci. Przynajmniej dwa razy do roku będzie wracać na Litewską do rodziców, sama albo z córką – Leonid nie ma prawa wjazdu, więc zacznie jej towarzyszyć dopiero po 1989 roku.
Zięć: – Wadim też przyjeżdżał kilkakrotnie do nas do Paryża, sam, czasem z żoną. Chodziliśmy z nim także do lekarza, bo choć rozmawialiśmy wtedy jeszcze godzinami, od pewnego momentu gubił wątek, plątała się mu pamięć, nie kontrolował ruchów. Nie było jednoznacznej diagnozy. Gdyby nie choroba, która zabrała go w kolejnej dekadzie, w dalszej części wspomnień opowiedziałby zapewne o swoich perypetiach z tym domem. O tym, co zastał na miejscu, gdy dotarł na Litewską z Pragi razem z wojskiem. O tym, co widział na biurkach i w szufladach mieszkań opuszczanych w pośpiechu przez niemieckich lokatorów. O pertraktacjach z Rosjanami i z Władysławem Gomułką, który pozwolił jemu i jego matce pozostać w oficynie, choć przejął budynek na ministerstwo. Historia prawdziwa, równie barwna jak fikcja.
