W wywiadzie z Emade, który jest chwilę po premierze płyty „Człowiek nie do końca” z Fiszem, wracamy do muzycznych fascynacji z dzieciństwa, koncertów w Jarocinie i Roberta Brylewskiego. Rozmawiamy o wspomnieniach z warszawskich osiedli lat 90., heroinowej pladze, pracy z Hadesem i... wizycie w Chinach. Nie zabrakło również refleksji nad obecną kondycją sceny.
Wydajesz mi się niezwykle spokojną osobą. Co trzeba zrobić, żeby wyprowadzić cię z równowagi?
Wbrew pozorom wcale dużo mi nie trzeba. Najbardziej denerwuje mnie ludzka głupota, z którą trzeba się mierzyć w codziennym życiu – politycznym, publicznym i społecznym. Ostatnio wróciłem na osiedle, bo wcześniej mieszkałem w domu i teraz mierzę się z zawistnym światem sąsiadów. Kiedy przypomnę sobie, jak w latach 80. biegaliśmy po podwórku, to pewne sprawy załatwiało się inaczej. Dzisiaj ludzie, często starsi, wszystko nagrywają telefonami i wysyłają to do spółdzielni, dzwonią na policję albo straż miejską z powodu jakichś dupereli, bo ktoś na przykład wjechał rowerem w miejsce, gdzie nie można. Takie rzeczy mnie denerwują, aczkolwiek nie jestem osobą wybuchową.
Nawet wtedy, gdy straciłeś bardzo dużą sumę pieniędzy?
To było dawno, w 2008 roku, kiedy wybuchł kryzys finansowy. Skorzystałem wtedy z usług doradcy finansowego i zapytałem go, jak zainwestować pieniądze. Okazało się, że nie przewidział tego, co wydarzyło się jakieś pięć miesięcy później i straciłem bardzo dużo pieniędzy, które chciałem przeznaczyć na nowe mieszkanie. Sprzedawałem jedno i kupowałem drugie, ale stwierdziłem, że zainwestuję pieniądze i wezmę kredyt na brakującą kwotę. Na szczęście nie straciłem wszystkiego, co wtedy miałem, dlatego podszedłem do tej sytuacji z przymrużeniem oka, na luzie. Moje podejście do pieniędzy jest takie, że nie są najważniejszą rzeczą w życiu – jak są, to okej, jak ich nie ma, to też okej. Są rzeczy ważniejsze. Może dlatego podszedłem do tego z dystansem.
To teraz o jednej z najważniejszych rzeczy w twoim życiu – muzyce. Wiem, że jesteś fanem zespołu Bad Brains. Co urzekło cię w ich graniu?
W zespole mojego ojca, ale też w Armii, grał nieżyjący już perkusista Piotr „Stopa” Żyżelewicz. Można powiedzieć, że Armia momentami grała jak Bad Brains, a Stopa najlepiej radził sobie z takimi podziałami rytmicznymi, charakterystycznymi dla ich stylu. To on dał mi i mojemu bratu kasetę z nagraniami „I Against I”. Miałem wtedy 10 lat i już słuchałem ciężkiej, agresywnej muzyki, więc siedziałem w riffach gitarowych i takich brzmieniach. Urzekło mnie to, że Bad Brains grali świetne melodie, co w muzyce punkowej nie zdarzało się zbyt często. H.R. bardzo dobrze śpiewał. Na początku w ogóle nie wiedzieliśmy, że są czarnoskórzy, a to również rzadko zdarzało się w amerykańskim hardcore punku. Przede wszystkim więc urzekły mnie melodia i poziom agresji płynący z perkusji i gitar. Do dzisiaj uważam, że to zespół grający najbardziej agresywną muzykę. Nikomu nie udało się tego przebić. Późniejsze próby takiego grania były dla mnie śmieszne, bo przypominały coś w stylu Slipknota – przebieranie się, trupie czaszki. To nie dla mnie. Bad Brains to goście w flanelowych koszulach i z dredami, którzy nie potrzebowali horrorowej otoczki, żeby zrobić wrażenie.
A jeśli już mowa o Armii - Robert Brylewski był dla ciebie ważną postacią?
Ja dosyć wcześnie zacząłe słuchać takiej muzyki hardcore'owej, więc był dla mnie ważny jako wokalista, gitarzysta i kompozytor, ale nie łączyło się to z żadnym stylem życia, filozofią czy ideologią. Do dzisiaj uwielbiam „Legendę” Armii. Tata wziął mnie kiedyś na festiwal do Jarocina i mogłem wtedy na żywo zobaczyć ich na scenie. Widziałem też zadymę w Jarocinie - pamiętam, że jako gówniarz stałem za sceną i byłem przerażony widokiem płonących i wywracanych do góry nogami radiowozów.
Zostańmy w latach 90. Wiem, że w 1998 roku pojawiłeś się jako DJ M.A.D. na albumie Voo Voo. Odbyłeś z zespołem również trasę koncertową?
Niewiele pamiętam z tej trasy. To był okres, kiedy chciałem robić coś więcej niż tylko skrecze do czyjejś muzyki. Trasa dała mi pewnie obycie w środowisku koncertowym i pozwoliła zobaczyć z bliska, jak wyglądają koncerty. Z drugiej strony, kiedy teraz o tym myślę, miałem już pewne doświadczenie, bo ojciec od zawsze zabierał nas na koncerty. W podobnym czasie skreczowałem też na płycie Kazika, gdzie błędnie podpisano mnie jako DJ M.A.B. (śmiech).
Opowiesz o tych koncertach, na które zabierał was ojciec?
Pamiętam koncerty z cyklu „Letnia zadyma w środku zimy”. Lubiłem wtedy polskie zespoły ocierające się o metal: Proletaryat, Pascal, Vader. Dużą frajdę sprawiało mi poznawanie tych ludzi. Miałem co prawda zaledwie 10–11 lat, więc nie za bardzo mogłem sobie z nimi porozmawiać, ale przybijałem piątki, zbierałem autografy, a od zespołu Pandemonium dostałem nawet koszulkę. To były dla mnie typowo fanowskie przeżycia. Pamiętam, że największe wrażenie robiło na mnie to, że mogłem stać z boku sceny i patrzeć, jak gra perkusista. Jako mały chłopak obserwowałem najlepszych polskich perkusistów ze sceny hardcore’owo-punkowej.
Lech Janerka wspominał kiedyś, że bywał u was w domu. Jestem przekonany, że nie był jedynym gościem ze świata kultury, który was odwiedzał. Słyszałem, że przychodził do was choćby Bogusław Linda.
Tak, mój tata kolegował się z Lindą. Poznali się chyba przy okazji pracy nad muzyką do filmu „Seszele”. Tylko widzisz, nie traktowałem jego ani innych artystów jakoś wyjątkowo, bo byli po prostu kolegami taty. Wiedziałem, że są artystami, ale sam nie słuchałem na przykład muzyki Stanisława Sojki, więc nie miało to dla mnie większego znaczenia. Jednocześnie od dziecka nasiąkałem środowiskiem artystycznym. Tata zawsze przyjaźnił się też z malarzami i fotografami. Odkąd pamiętam, ludzie sztuki bywali u nas w domu.
Kilka razy podkreślałeś, że od zawsze najbardziej kręciła cię muzyka buntu. Jak ją definiujesz?
Była w opozycji do miałkich piosenek, które leciały w radiu i disco, którego słuchali starsi dresiarze na podwórku. Ta muzyka miała serducho i nie było w niej kompromisów. To najbardziej mnie urzekło. Nikt nie robił nagrań pod publiczkę czy rozgłośnie radiowe. Był to oddolny ruch, a nie coś, czym kierowały media, występy w telewizji czy uśmieszki do publiczności. Lubiłem, kiedy gość wychodził na scenę i grał swoje, nie przejmując się tym, czy komuś się to spodoba. Ważne były również teksty, bo nie interesowały mnie piosenki o miłostkach. Potrzebowałem czegoś więcej. Do tego byłem małolatem, a nasz kraj właśnie wychodził z PRL-u. Otaczająca mnie szarówka kierowała mnie w stronę takiej przestrzeni.
Z Fiszem wciąż tworzycie muzykę buntu?
Oczywiście, że tak. Nasza muzyka od zawsze była tworzona oddolnie, wyrastała z ulic miast. Nigdy nie robiliśmy piosenek z myślą o tym, żeby zaistnieć w przestrzeni publicznej. Wywodzimy się z hip-hopu, który powstał na ulicy i mocno trzymaliśmy się reguł oraz zasad panujących w tej muzyce.
Przeciwko czemu się obecnie buntujesz?
Dzisiaj czuję, że wydeptaliśmy własną ścieżkę i po prostu nią podążamy. Przy okazji ostatniej płyty, która przesiąknięta jest długimi zwrotkami, a nie chwytliwymi refrenami, zrobiliśmy to z potrzeby serca, a nie z buntu czy chęci udowodnienia komuś, że jesteśmy buntownikami. Nie mamy się już przeciwko czemu buntować... No, może poza płytkimi piosenkami, które mają towarzyszyć ludziom tylko podczas sprzątania.
Pytam cię jako starego załoganta. Jak się czujesz z tym, że polski hip-hop zaczyna iść pod rękę z polityką? Mam poczucie, że tak jak kiedyś media głównego nurtu chciały wykorzystać rap, tak teraz robią to politycy. Chodzi mi o ostatnie wydarzenia z Peją, Eldo i Paktofoniką.
Nie zastanawiam się nad tym, co robią inni, bo nie jestem w ich butach. Nie chcę ich oceniać, żeby nie sprawić im przykrości, ale... ja bym czegoś takiego nie zrobił. Uważam, że artysta nie powinien jawnie wiązać się z konkretnymi politykami. Muzyka nie jest po to, żeby wychwalać władzę. Wręcz przeciwnie – muzycy powinni patrzeć władzy na ręce. Nawet tej, która im sprzyja. Reprezentantom hip-hopu nie przystoi stać z władzą w jednym szeregu.
Myślisz, że z takich spotkań z politykami może wyjść coś pozytywnego dla kultury?
Wydaje mi się, że wręcz przeciwnie. Może to prowadzić do sytuacji, w której jeśli będziesz popierał na przykład prezydenta, tak jak robi to jakiś artysta, możesz liczyć na to, że twoja muzyka będzie lepiej przyjmowana lub promowana niż twórczość tych, którzy są przeciwni albo w ogóle nie zabierają głosu. To nie jest dobre dla kultury, a jedynie dla jednostek, które – za przeproszeniem – podlizują się władzy. Uważam, że to słabe.

Inny temat – czy na przestrzeni tych wszystkich lat często zdarzało ci się odmawiać raperom współpracy?
Kiedyś tak. Miałem wtedy zupełnie inne podejście do ludzi i to było słabe – młodość, głupota. Chodzi mi o samo traktowanie osób, które chciały ze mną współpracować. Miałem do nich dość olewczy stosunek – nie odbierałem telefonów, nie oddzwaniałem. Dzisiaj podchodzę do tego inaczej, ale faktycznie, zdarzało mi się ignorować propozycje. Nie było ich jednak jakoś szczególnie dużo. Czasami robiłem produkcje dla raperów, ale ostatecznie nic z tego nie wychodziło, bo nie odpowiadały im moje podkłady. Kilku z nich dzwoniło do mnie po latach i mówiło: „Ten beat, który mi kiedyś dałeś, wtedy go nie kumałem, ale teraz dojrzałem do takiego robienia muzyki. Masz może jeszcze ten podkład?”.
Skąd więc współpraca z Hadesem przy całym albumie?
To wyszło od niego. Sam się do mnie zgłosił i chciał, żebym zrobił mu podkład. Później poprosił o drugi, a następnie zaproponował, żebym zrobił całą płytę, bo fajnie nam się współpracowało. Hades to inteligentny człowiek z niezależnym, undergroundowym podejściem do muzyki. Nasza praca wyglądała tak, że siedzieliśmy w studiu na Żoliborzu i było tam tak nadymione, że nie było widać, kto właściwie jest w środku. Spędzaliśmy tam całe dnie, od rana do wieczora, i każdy wyglądał bardzo podobnie (śmiech). Dużo palenia jointów i dużo muzyki. Kilka numerów powstało na miejscu. Pamiętam, że przywiozłem bitmaszynę, Hades od ręki napisał tekst... Panowała fajna atmosfera wspólnego komponowania.
Jesteś sentymentalną osobą? Pytam o to, bo gdybym miał jednym słowem określić waszą nową płytę, to użyłbym właśnie tego.
Trochę jestem, ale nie jest to chorobliwa nostalgia czy sentymentalizm. Lubię wracać do starych czasów, ale podobają mi się też takie dźwięki w muzyce – jazzowe akordy, fortepiany, pianina, gitary. To nie są ciężkie, hardcore’owe brzmienia, ale raczej coś nienapiętego i spokojnego. Być może właśnie dlatego mają w sobie coś nostalgicznego.
Wracając jeszcze do ninetiesów, o których sporo na „Człowieku nie do końca”. Podobno miałeś co najmniej kilku znajomych, którzy zmarli od heroiny?
Całkiem niedawno siedziałem na moim dawnym osiedlu i zacząłem liczyć heroinistów w moim czteropiętrowym bloku. Naliczyłem ich aż dziewięciu. To byli goście starsi ode mnie, bo my z kolegami woleliśmy raczej przeganiać helupiarzy, niż się z nimi zadawać. Wielu moich starszych kolegów, i to takich inteligentnych, wrażliwych, z zainteresowaniami muzycznymi albo jeżdżących na deskorolce, wkręciło się w heroinę. Sporo z nich myślało, że to narkotyk z wyższych sfer, nie zdając sobie sprawy, że po roku wypadają ci zęby, okradasz najbliższych i musisz wyprowadzić się z osiedla, bo wszyscy chcą cię pobić. Jeden z kolegów wkręcił się w heroinę i nas okradł. Wyniósł nam z domu płyty CD, które ściągaliśmy ze Stanów Zjednoczonych: A Tribe Called Quest – „Beats, Rhymes and Life”, wydane wtedy tylko w USA z ruchomą okładką, a także rzeczy Sadat X i Outkast. To były czasy, kiedy płyty były drogie i trudno dostępne. Po latach się zreflektował, przyszedł do moich rodziców i chciał oddać pieniądze. Nie miałem do niego jakichś wielkich pretensji, bo wiedziałem, że to nałóg. Byliśmy blisko, mieszkaliśmy w jednym bloku, mieliśmy nawet zespół. To była przykra sytuacja, ale dla mnie znacznie przykrzejsze było to, co się z nim działo, niż sam fakt, że nas okradł. Innego kolegę z bloku spotkałem kiedyś na Dworcu Centralnym w Warszawie. Ledwo go poznałem. Był bardzo zarośnięty, miał zimową czapkę i długi płaszcz, ale rozpoznałem go po oczach. Jeszcze inny kolega, on akurat nie był od niczego uzależniony, zmarł w klasztorze. Bardzo ortodoksyjnie zaangażował się w życie Kościoła. Wyjechał do zamkniętego klasztoru i tam, w jego podziemiach, znaleziono później jego zwłoki. Mamy na ten temat niewiele informacji, ale wiem, że już nigdy z tego klasztoru nie wrócił.
To na koniec chciałbym, żebyś opowiedział mi o wyjeździe do Chin.
Byłem zaskoczony nowoczesnością, którą tam zobaczyłem. Wcześniej byłem w Tokio i myślałem, że nie ma bardziej nowoczesnego miasta w Azji. No dobra, może jeszcze Singapur. W Pekinie wszystko jest bardzo łatwe do załatwienia – płatności, zamawianie Ubera czy produktów spożywczych. Do tego wszystkiego służy jedna aplikacja. Dla nich terminale płatnicze to już przestarzała technologia. Pekin wbija w ziemię, ale zacząłem się zastanawiać, czy to nie jest jakaś nowa forma komunizmu. Jest tam też dużo skrajności, bo Pekin to przecież nie całe Chiny. Na wsiach panuje ogromna bieda. Myślę, że w Pekinie żyje się dobrze, między innymi dlatego, że jest tam stosunkowo tanio. Z drugiej strony zablokowane są Instagram, Netflix czy Spotify. Wszędzie leci chińska muzyka, a większość usług ma swoje lokalne aplikacje, dostępne wyłącznie na tamtejszym rynku. Nawet TikTok, który przecież pochodzi z Chin, jest tam zablokowany. Na ulicach jeżdżą niemal wyłącznie samochody elektryczne. Stałem kiedyś przy ulicy, która miała po trzy pasy ruchu w każdą stronę i nie słyszałem żadnego silnika. Docierał do mnie jedynie szum opon. Niesamowite wrażenie, jakbym na chwilę stracił słuch. Poza tym spotykasz się z zupełnie inną kulturą. Na przykład bekanie w restauracji jest mile widziane. Jest też kilka innych zabawnych zwyczajów, których nie spotyka się w Europie.
