Od kilku tygodni obserwujemy batalię dobra ze złem. Dobrzy – według większości opinii publicznej – są ci, którzy pozwalają na zamrażanie swoich pensji lub przelewają miliony na walkę z koronawirusem, źli zaś ci, którzy chcą całą sytuację wykorzystać, by oskubać innych. Nowy świat, w jakim obecnie znalazł się futbol, to wielki chaos. Co się z niego wyłoni?
W piłce nie trzeba plagi w postaci choroby czy ogólnoświatowego kryzysu finansowego, takiego jak ten z 2008 roku, by zaliczyć potknięcie. Najlepiej wiedzą o tym pewnie ludzie, którzy i bez ogólnoświatowej pandemii uderzyli twarzą o glebę. Niektórzy nigdy się nie podnieśli. Dopóki masz bardzo dużo pieniędzy, możesz sporo stracić. Nie poczujesz tego aż tak mocno. Ale kiedy pieniądz staje się wirtualnym środkiem, bo nie masz go jak zarobić, nie możesz nim zapłacić i nie wiesz, kiedy znów będziesz mógł go wydać, trafiasz w sam środek mgły.
Od wielu lat z uwagą obserwuję poczynania prezesów, właścicieli klubów czy różnych zarządów, funkcjonujących w przestrzeni Premier League, a także na zapleczu angielskiej elity. I dobrze wiem, że nie wszystko jest tam wytapetowane banknotami z królową. Czasem największym wirusem są sami ludzie. Ich chciwość, nieumiejętność zarządzania, rozpasanie i ściganie nierealnych marzeń. Te loty Ikarów zdarzają się nawet w środowisku, w którym – oczywiście mając głowę na karku – jesteś w stanie dość szybko zbudować sukces i nieźle z niego żyć. Pod warunkiem, że starasz się jeść małą łyżeczką.
Niekiedy duża piłkarska marka budowana była przez lata, by w krótkim czasie runąć niczym domek z kart. Jedna z najświeższych historii to Bolton. Jeszcze w poprzednim sezonie byłem na ich meczu z Leeds United w Championship. I w sumie obudziło to sentymenty – Bolton zawsze będzie mi się kojarzył z fajnymi spotkaniami na Reebok Stadium, paroma ciekawymi zawodnikami (El Hadji Diouf, Jay-Jay Okocha, Kevin Nolan), z Samem Allardyce'em i polskim wątkiem, bo o Boltonie mnóstwo ciekawych rzeczy opowiadał mi Jarek Fojut, którego zresztą kiedyś odwiedziliśmy tam z Krzyśkiem Stanowskim, a grał tam przecież Ebi Smolarek.
Nagle okazało się, że Bolton ma 200 milionów funtów długu. W kilku latach (2011, 2013 i 2015) wydawał na tygodniówki piłkarzy więcej niż 90 procent swoich obrotów. Ostatni dzisiaj klub w tabeli League One to bardzo smutny przykład niegospodarności, która wywodzi się z zachłanności. Chęć powrotu do elity, tęsknota za tłustymi latami, w których regularnie mierzono się z potęgami, była tak silna, że odebrała rozum.
Zderzenie ze ścianą to nie tylko angielska specjalność. Real Oviedo runął w czeluść aż do czwartej ligi, by dzięki pasji fanów i i wielkim sercom (i głębokim kieszeniom) części piłkarskiego środowiska powoli odbudować reputację. Na początku stulecia duży włoski klub, Fiorentina, przeżył trzęsienie ziemi i musiał zaczynać od zera. Borussia Dortmund zdana została na łaskę wielkiego rywala, Bayernu Monachium, kiedy popadła w tarapaty finansowe. Anglicy oglądali pikowanie Portsmouth czy Leeds United.
Ci pierwsi błyszczeli na poziomie Premier League, a ich barwy nosiły gwiazdy – Sol Campbell czy Jermain Defoe. Ale trzy spadki zakończyły historię, najlepszych piłkarzy trzeba było sprzedać. Harry Redknapp opowiadał potem, że „przyszli ludzie z dziurami w dżinsach, którzy jedli hamburgery” – opisując właścicielską rzeczywistość na Fratton Park, prowadzącą do katastrofy.
Ile czasu potrzebowało Leeds United, by odbudować się po historii o życiu ponad stan? Dopiero teraz Pawie znów są blisko Premier League, choć długa droga w dół – od półfinału Ligi Mistrzów do spadku z elity była wyjątkowo krótka i bolesna.
W Szkocji przerabiali to Rangersi, którzy w końcówce sezonu 2011/12 zostali po prostu zlikwidowani. Wyrzucenie ich do czwartej ligi było upokorzeniem, szczególnie przed kibicami Celticu, derbowego rywala. Straciliśmy na długi czas jedną z najbardziej ekscytujących batalii – Old Firm, a 54-krotny mistrz kraju w końcu się odbudował.
Bardzo lubię zdanie, które wypowiedział przed laty David Gold, jeden z szefów West Hamu United. Jeden z kibiców napisał do niego tweeta: „To nie jest twój klub, to klub fanów”. Gold odpisał mu: „Masz całkowitą rację. Klub należy do fanów, tylko długi do mnie”. Z podobnego założenia musiał wychodzić Milan Mandarić, właściciel wspomnianego Portsmouth i zarazem prezes Pompeys, tyle że inaczej to wyrażał. – To nie jest mój klub, to klub kibiców. Ja go tylko utrzymuję – drwił sobie.
Futbol przez lata był polem dla utracjuszy i pół biedy, jeśli trwonili własne majątki, ale przez ten świat przewinęło się mnóstwo postaci, które wydawały cudzą kasę, dobrze się przy tym bawiąc i nie ponosząc konsekwencji. Te ostatnie zazwyczaj spadają na kibica – zakochanego w klubie, przeżywającego porażki drużyny, ale też łatwo przyzwyczajającego się do sukcesów, jeśli takowe nadchodzą. Milionerzy czasem mają zachciankę i nic więcej. Jak ten prezes angielskiego Darlington, który w latach 90. chwalił się: – Pojechałem kupić kobiecie samochód, wróciłem z klubem piłkarskim, co kosztowało mnie 5 milionów funtów, żeby wyczyścić długi. Pal sześć, jak ktoś wyda pięć milionów, by spłacić dług, a na koncie ma, dajmy na to – 200 mln. Gorzej, jeśli pomyśli po roku. Kolejnych pięciu nie chce mi się wykładać.
Jestem idealistą, ale nie aż tak skrajnym, by wierzyć, że ludzie bogaci będą przeznaczać pieniądze na cele dużo mądrzejsze niż utrzymywanie klubów piłkarskich. Wyobraźcie sobie, że Glazerowie, szejkowie z City, Roman Abramowicz, a może nawet taki prezes Darlington, dają te wszystkie kwoty na szpitale, szkoły i schroniska dla zwierząt. Niemożliwe. Wybierają piłkę co nie wyklucza wcale ich działalności charytatywnej). Powód jest prosty – przeznaczanie kasy na szkoły i szpitale nie podnosi poziomu adrenaliny i rozgłosu. Kto z nas nie marzył, by zostać właścicielem klubu piłkarskiego? Nie mogę być tutaj hipokrytą niosącym pochodnię potępienia.
Futbol i finanse to skomplikowane połączenie, pełne różnych innych uwarunkowań. Presji, czasem jakiegoś idiotycznego zrządzenia losu, chęci zaistnienia, niekiedy może przeprania kasy. Nie łudźmy się, niewiele jest już w piłce romantyzmu i czystych intencji. Kluby często chwalą się, że nie podnoszą cen biletów, ale nie jest to jakiś czyn godny bicia pokłonów, zarobki tych przedsiębiorstw są już i tak olbrzymie, nie robią więc one kibicowi żadnej łaski. Piłka jest pełna różnych wzniosłych rzeczy: klubowych hymnów, całowania herbów, itd., ale na koniec bywa tylko excelem.
Piłka nożna stała się planszą do gry dla przedziwnych graczy, jeden z nich, prezes Exeter City, o czym niewielu pewnie słyszało, probował namówić na inwestycję w ten klub Michaela Jacksona. – Ale wiesz, że ja w ogóle nie znam się na sporcie? – zapytał gwiazdor muzyki pop. – Nie musisz – machnął ręką Uri Geller, bo tak nazywał się ten gagatek. Ogrom pieniędzy angażowanych w ten rynek, prawa telewizyjne windowane w kosmos, coraz większe roszczenia finansowe piłkarzy – to wszystko sprawiło, że w aspekcie ekonomicznym dyscyplina ta w wydaniu klubowym doszła do ściany. To trochę jak na tym śmieszno-strasznym zdjęciu z kolejką ludzi czekających na wejście na Mount Everest. Na szczycie futbolowej góry pojawiało się coraz więcej śmiałków w trampkach, niestety.
W starych, dobrych planszówkach – skoro już o nich wspomniałem – zdarzało się pole „wracasz na start”. Mnóstwo piłkarskich klubów nie potrzebowało wcale koronawirusa, by zaznać tego uczucia. Dziś szkoda mi tak naprawdę tych małych, w których paliwem jest miłość lokalnej społeczności, gdzie angażują się miejscowi biznesmeni, nie dla zbicia fortuny, ale na przykład dla zdobycia szacunku, czy dlatego, że sami kochają klub od dziecka. Bo wbrew pozorom istnieją jeszcze takie miejsca, niekoniecznie tylko w League Two. Ale, to pocieszające, one najlepiej poradzą sobie z powrotem do normalności.
