Raheem Sterling dołączył do grona sportowców, którzy głośno odnoszą się do sprawy śmierci George’a Floyda. Padają mocne słowa, a taki sam sposób wypowiada się bokser Anthony Joshua. Czarnoskóre gwiazdy różnych dyscyplin twierdzą, że największą zarazą, z jaką musi walczyć teraz świat, jest rasizm. Czy mają rację? I czy piłka nożna jest w stanie wyciągnąć z tego cenną lekcję?
W Wielkiej Brytanii ludzie wyszli na ulice i krzyczą głośno: stop! Demonstracje społeczeństwa to efekt ruchu Black Lives Matter. Michael Jordan daje 100 milionów dolarów organizacjom, które każdego dnia zmagają się od lat z trudami tej walki. Londyn, Edynburg, Glasgow, Bristol – nie ma znaczenia kraj, szerokość geograficzna czy miasto. Wiele osób ma dość. Nie napiszę traktatu na temat rasizmu, bo nie mam do tego kompetencji. Wiem jednak, że trybuny piłkarskich stadionów to jedno z tych miejsc, w których będzie trudno wywalczyć szacunek, tolerancję. Tam zawsze kumuluje się gniew, często nieuzasadniony. Żeby zrozumieć zjawisko rasizmu, nie wystarczy poczytać komentarzy podzielonych ludzi na Facebooku. Trzeba zgłębić wiedzę, przeczytać parę książek, znać historię, spróbować zrozumieć, posłuchać mądrzejszych ludzi – jak zrobił to mój redakcyjny kolega z newonce, Jacek Sobczyński, w audycji radiowej.
Sterling może się komuś wydawać zepsutym przez pieniądze dzieciakiem, bo tak przedstawiły go tabloidowe media w Anglii, ale na pewno wie, co to znaczy mieć taki kolor skóry. Inny? Nie. Normalny, dla kogoś kto nie ocenia ludzi według rasy. – Nie chodzi o George’a Floyda – mówi piłkarz Manchesteru City. – Rasizm jest wszędzie. Jedyną zarazą, z jaką dzisiaj walczymy jest właśnie rasizm – uważa i dodaje, że to może dla kogoś zabrzmieć dziwnie. Sterling zwraca uwagę na istotną rzecz – że coś może dziać się latami, ale dopiero punkt zwrotny, ważny moment, zazwyczaj tragiczny, definiuje wszystko na nowo. – Musimy znaleźć na to rozwiązanie, tak jak na pandemię – twierdzi.
Widziałem w mediach społecznościowych byłego napastnika Aston Villi i Liverpoolu, Stana Collymore’a, zdjęcia ludzi, którzy parodiują śmierć Floyda. Taki challenge. Wolałbym żyć w jakimś innym, lepszym świecie, ale wiem, że praktycznie nierealne jest zmienienie ludzi ot tak. Że na to się zawsze składa ogrom czynników. Rodzina, wzorce, otoczenie, nauczyciele. Mam też świadomość, że jeśli ktoś nie jest w stanie wyjść poza własne ograniczenia, to nic tego nie zmieni, nawet najgłośniejszy krzyk i kolejne bezsensowne śmierci. A jednak jestem za tym, by próbować.
Z satysfakcją czytam więc, że mądrzy ludzie, za którymi podążają tłumy, chcą ten świat zmieniać. Jak Jurgen Klopp, który oznajmił, że jest dumny ze swojego zespołu, bo Liverpool mocno wsparł ruch Black Lives Matter, inne kluby piłkarskie również. Ale wiem też, że za gestami muszą iść czyny. Nawet najmniejsze. Wszystko zaczyna się od zrozumienia. A czasem, by coś pojąć, trzeba tego dotknąć.
Przykład, który przychodzi mi do głowy to przypadek Emmanuela Olisadebe w Polsce. Urodzony w Nigerii napastnik po przeprowadzce nad Wisłę nie miał łatwego życia. Ale kiedy już dostał obywatelstwo, zaczął strzelać gole dla kadry, pomógł nam awansować na mundial, stał się idolem. I tutaj ciekawy wątek, który obserwowałem również w przypadku piłki klubowej. Jako kibic Zagłębia Sosnowiec. I tu i tam był „nasz Murzyn” i „ich Murzyn”. Nasz był spoko, tamten – nie. Naszego oklaskiwano, innego wygwizdywano. Olisadebe to idealny case. Pokazuje bowiem, że nie miał znaczenia kolor skóry, ale przynależność do plemienia. Gdyby przyjechał do nas z Węgier i był biały, ale grał dobrze w reprezentacji, też by go wszyscy pokochali.
Obserwowałem od młodości wszelkie przejawy rasizmu z niesmakiem, ale też nie wychowałem się w okolicznościach, które sprzyjały pielęgnowaniu tolerancji. W górniczej osadzie, gdzie pięcioletnie dzieci mówią na ulicy „kurwa mać”, nie ma dobrego gruntu do pisania poematów o akceptacji orientacji seksualnej czy rasy innej niż biała. Nikt nie rodzi się uświadomiony. Jasne, jeden ma dobre serce, a drugi jest chamem, psychopatą albo zwykłym skurwielem, ale na nasze nieszczęście wszyscy spotykamy się na tej samej planecie. Moją najcenniejszą lekcją był Londyn. Kiedy poszedłem do pracy w firmie przeprowadzkowej, spotkałem tam tygiel narodowościowy. I szczerze? Z ludźmi z Afryki potrafiłem dogadać się w pięć minut. Bardzo szybko zrozumiałem ich pobudki, na przykład Hakeem, który dorastał w Lagos, w gigantycznej biedzie, zabierał do domu wszystko, co właściciele domów zostawiali do wyrzucenia. Biali się z niego śmiali, a ja siedziałem w kącie ciężarówki i zastanawiałem się, co w tym jest właściwie śmiesznego? I czy gdyby te same rzeczy wziął ktoś z Ukrainy albo biały obywatel RPA, to też by się śmiali.
Przed świętami Bożego Narodzenia Londyn, jak co roku, stanął w wielkim korku. Wracaliśmy z przeprowadzki za miastem z chłopakiem, którego rodzina z Afryki przedostała się do Francji, potem on z rodziną wyjechał do Anglii. Jean-Pierre, bo tak miał na imię, przez godzinę mówił do mnie od serca, o prostych z pozoru rzeczach. – Jestem z Afryki, ty jesteś z Polski, obaj mieliśmy na pewno inne marzenia, niż tkwić teraz w korku w centrum Londynu w uniformach firmy przeprowadzkowej. Ale ja patrzę na to inaczej: obaj potrafimy rozmawiać. I uznajmy, że ta robota jest przejściowa, ok? Obiecaj mi, że zajmiesz się czymś poważnym, kiedy wrócisz do domu. Ja mam proste cele – chcę żyć w zgodzie ze sobą i utrzymać rodzinę. Nie narzekam na to, że jestem kierowcą, czasem komuś nie podoba się mój kolor skóry, ale zazwyczaj to ludzie głupsi ode mnie, pozwalam im więc gadać, bo wiem swoje – uśmiechnął się szczerze. Jeśli czegoś wcześniej nie rozumiałem, to rozwiał wątpliwości. Każdemu człowiekowi przydałby się w życiu taki kierowca ciężarówki, który dałby darmową lekcję tolerancji. Pamiętajcie, że nie trzeba wypowiadać się koniecznie na każdy temat i wierzyć w każda opinię, istnieją różne odcienie dyskusji, niewiele rzeczy na świecie jest, nomen omen, czarno-białych.
