Festiwal trwa. Gole, szalone pościgi, rzuty karne, klęski faworytów. Przez lata szukano formuły na atrakcyjny futbol i zdaje się, że ona rodzi się teraz na naszych oczach nad Tamizą. Ale nie wszystko jest tak piękne, jak może się nam wydawać. Gdy bogaci zacierają ręce, w tle trwa rozpaczliwa walka o przetrwanie.
W niedzielne popołudnie na Etihad Stadium piłkarze Manchesteru City i Leicester City urządzili sobie konkurs na najładniejszego gola sezonu, bo w sumie czemu nie zrobić tego w trzeciej kolejce? Riyad Mahrez dostrzegł pajęczynę w okienku bramki Kaspera Schemiechela i użył do jej zlikwidowania torpedy, ale jego byli koledzy klubowi nie zamierzali być gorsi, więc Jamie Vardy, ligowy staruszek zakonserwowany gazowanymi drinkami, dziś będący po drugiej stronie barykady, tam gdzie diety i świat bez glutenu, ośmieszył Edersona „krzyżakiem”, zwanym na moim podwórku także „iksem”. Gdy jury zastanawiało się, który z nich namalował ładniejsze dzieło, nadbiegł James Maddison i przylutował jakąś kulą ognistą prosto z japońskich bajek.
Lisy wygrały 5:2, a kibice nie zdążyli popić tego herbatą, gdy West Ham United, zespół bez punktu w tym sezonie, wgniótł w ziemię i przejechał walcem Wolverhampton. Nie było więc czasu rozpamiętywać szalonego pościgu Chelsea dzień wcześniej na The Hawthorns, gdzie gracze Franka Lamparda zachowali się bardzo nieelegancko – najpierw wręczyli prezenty gospodarzom, jakby Boxing Day przesunięto na wrzesień, pozwalając na objęcie prowadzenia 3:0, a w drugiej połowie podarki odebrali, doprowadzając do stanu 3:3.
Jeśli ktoś ma ustawione powiadomienie dźwiękowe w telefonie czy laptopie i dostaje „dzwonek” po każdym strzelonym golu (polecam tekst Pawła Grabowskiego o Flashscorze, petarda!), w przypadku Premier League musi to wyciszyć, bo przecież bramki padają z taką częstotliwością, że można oszaleć.
Trwa oczywiście dyskusja wokół przepisów, szczególnie zagrania piłki ręką w polu karnym od lat budzą najwięcej kontrowersji i każdy, kto za blokiem rozgrywał mecze, wie dobrze, że okrzyk: „Nabita!”, był tam jednym z najczęstszych. Chodziło rzecz jasna o te fragmenty spotkań – a grało się bez sędziów (bójki wliczone w koszty) – w których delikwent polował na moment nieuwagi rywala i celował w jego dłoń piłką. „Przy ciele!” – odpowiadał „nastrzelony”. Mnie ta niezwykle prosta wykładnia podwórkowego kodeksu przekonywała i dzisiaj, choć wiekowo daleko mi do staruszka Roya Hodgsona, jestem w jego obozie, trafiają do mnie tezy o futbolu, który nam już ucieka, zmienia się, ale z drugiej strony przecież cały świat tak funkcjonuje, więc może „kiedyś to było” warto wyrzucić do kosza?
Tym bardziej że dostajemy nagrodę w postaci widowiska. Przez ostatnie dekady trwa poszukiwanie formuły dającej piłce widowiskowość. Bramkarz już od lat nie może łapać piłki podanej przez jego zawodnika, producenci futbolówek prześcigają się w tworzeniu najwredniejszych piłek, a buty mają strzelać najkąśliwiej. Trenerzy wymyślają ofensywne taktyki, tylko czekać, aż sternicy piłkarscy zniosą w końcu spalonego.
Gdy w 1994 roku mistrzostwa świata zawędrowały do Stanów Zjednoczonych, władze FIFA miały jedno zmartwienie: jak ci biedni Amerykanie wytrzymają bez przerw na piwko i hot doga? Czy mecze zakończone remisami 0:0 nie sprawią, że Ameryka na zawsze odwróci się od soccera? Była to chyba troska przesadna, bo przecież za oceanem tę dyscyplinę znano, jej ziarna zasiewali tam wielcy ze Starego Kontynentu. I Franz Beckenbauer, i Pele, i nasz Kazimierz Deyna.
Jako 17-latek z zaciekawieniem patrzyłem na tamten mundial i gdybyście zapytali mnie dzisiaj, z czym mi się kojarzą, to choć do głowy przychodzi oczywiście fotografia z góry, na której widać zrozpaczonego Roberto Baggio, po tym jak zmarnował karnego w finale, mam też inne mocne skojarzenie. Jeden z zawodników reprezentacji USA, zabijcie, nie pamiętam już nazwiska, strzela na bramkę rywali nożycami, a golkiper gospodarzy turnieju, Tony Meola, nie może uwierzyć, skacze jak dziecko i robi wielkie oczy. Chodzi o show, nieważne jest bowiem, czy pada bramka, obywatelowi trzeba zapewnić rozrywkę, bez względu na to, czy mówimy o meczu piłkarskim, czy Fabryce Snów z Hollywood.
Debatę na temat karnych przykrywają zatem w Premier League przepiękne gole, jak te wspomniane – Mahreza, Vardy’ego i Maddisona. Rekompensują bajki o Kopciuszku – Sheffield United w ubiegłym sezonie, a w tym może o Leeds United. Ma rację Hodgson – dyskusja o jedenastkach to kolejny rozdział do narracji mediów, im więcej się dzieje, tym lepiej. Każdy może, a nawet chce zabrać głos, ja też połykam haczyk, na co dowodem jest ten tekst.
Premier League to dzisiaj droga galeria handlowa. Ceny towarów (przepraszam, panowie piłkarze), wcale się nie zmieniły. Nowy świat funkcjonuje zaskakująco na starych zasadach. Małe sklepiki mogą zbankrutować, a ich właściciele głodować, ale tych na górze gówno to obchodzi. Nie ma bardziej brutalnej definicji angielskiej piłki, niż angielska elita futbolowa.
Dan Roan z BBC napisał o tym, że struktura zawodowych lig może ulec zniszczeniu i zanim machniemy ręką, że to jakiś clickbait, warto się nad nim na moment pochylić. Dokument, który został wysłany do rządu, a który podpisali m.in. byli prezesi federacji Greg Dyke i Lord Triesman, udziałowiec Sunderlandu Charlie Methven i ekspert telewizyjny Robbie Savage, ma być sygnałem alarmowym. Gdy karuzela Premier League kręci się coraz mocniej, a zniknięcie widzów z trybun zdaje się być czymś, z czym już się pogodzono, tam na dole brakuje tlenu. Nie ma kibiców, nie ma kasy z biletów, karnetów. Koronawirus pustoszy skarbce i stawia już nie znaki zapytania, ale wykrzykniki. EFL i National League potrzebują wsparcia finansowego, to jest ten trudny moment, kiedy środowisko piłkarskie zda sobie w końcu sprawę, że rząd ma na głowie ważniejsze rzeczy. Igrzyska zawsze dobrze sprawdzały się w roli lekarstwa na traumy z wczoraj – wojny, zarazy – nie jednak na te, które wciąż trwają.
Na szczytach futbol, nawet w czasach tak okrutnych dla świata, wciąż pozostaje bezpieczną enklawą, zamkniętym osiedlem z potrojoną ochroną. Sąsiedzi z faweli niech się martwią o siebie, bogaci i biedni, opowieść stara jak świat, oczywista do bólu. Kiedy piłkarz ma tak wielki talent, że wchodzi na najwyższe szczeble, może stamtąd bezpiecznie spoglądać, jak tonie świat, z którego się wywodzi. Ci, którym się nie udało, przekonują się, że piłka nożna to po prostu zwykła praca, jasne – na poziomie Championship czy nawet League One często dużo lepiej płatna niż w innych sektorach zawodowych, ale dziś to właśnie piłkarz stamtąd musi drżeć o przyszłość, bo zazwyczaj nie ma żadnych innych kwalifikacji.
Jamie Vardy przeszedł drogę od pracownika fabryki po gwiazdę, która pogrąża Manchester City na jego boisku, co ładnie ktoś skwitował: „Veni, Vardy, Vici”. Obawiam się, że wielu jego kolegów po fachu, kopiących dziś piłkę w drugiej czy trzeciej lidze, widzi przed sobą kończącą się drogę. Okręt, na pokład którego wsiedli, tonie zanim zdążył wypłynąć z portu.
