Od kiedy Kante pojawił się na boiskach Premier League, kluby z angielskiej elity szukają jego kopii, jako gwarancji sukcesu. Francuz sięgał po mistrzostwo z Leicester City, a następnie z Chelsea, którą teraz wprowadził do finału Ligi Mistrzów. Dziś jednak król odbiorów jest jeden i nazywa się Yves Bissouma. Pomocnik z Mali właśnie powiedział szefom z Brighton, że chce odejść. Cena, 40 mln funtów, nie powinna stanowić problemu dla gigantów. Latem będziemy więc świadkami batalii o 24-latka.
Trudno znaleźć w Premier League piłkarza o takiej dynamice, takiej nieprawdopodobnej mobilności w grze od pola karnego do pola karnego. Nic dziwnego, że Juergen Klopp już zlecił swoim ludziom zbadanie sytuacji – mają dowiedzieć się, czy Bissouma to nie tylko dobry piłkarz – wszak o tym Niemiec wie – ale także charakter pasujący do szatni na Anfield.
Klopp widzi w nim następcę Georginio Wijnalduma, jednak w grze są także inni – Manchester City i Arsenal. W tym ostatnim klubie Malijczyk miałby największe szanse na grę, pytanie jednak, czy chce się zadowolić samym podstawowym składem, czy jednak powalczyć o trofea i pograć w Lidze Mistrzów.
OSTRA GRA
Bissouma nie potrzebował dużo czasu, by pokazać swoje wysokie umiejętności na boiskach Premier League. Do Anglii przeniósł się w 2018 roku, dla Brighton transfer sięgający 16 mln funtów był z pewnością wysokim ryzykiem, jednak bez byłego gracza Lille Mewy miałyby olbrzymi problem z pozostaniem w elicie. Poza tym Tony Bloom, właściciel klubu, umie i lubi ryzykować – w końcu dorobił się fortuny na pokerze. Dziś ewentualna sprzedaż pomocnika mocno mu pomoże, bo Mewy zanotowały – w dużym stopniu przez pandemię – kilkudziesięciomilionową stratę za zeszły rok.
A cena poszła mocno w górę. Na The Amex mogą liczyć na kwotę w okolicach 40 mln funtów. Ale to nie powinno odstraszyć wielkich tego rynku, szczególnie gdy mowa o zawodniku, który zanotował w tym sezonie ligowym najwięcej odbiorów – już ponad 60.
Bissouma nie rozegrał wszystkich spotkań w ekipie Grahama Pottera. Dwa razy pauzował za kartki, to wynik jego ostrej gry. Bardzo często odbiera piłkę na pograniczu faulu, wyznając zasadę, że rywal nie ma prawa go przejść.
Zawodnikowi z Mali pozostały jeszcze dwa lata kontraktu z Brighton, ale to nie jest klub, który może pozwolić sobie na odrzucanie ofert opiewających na kilkadziesiąt milionów funtów.
Bissouma urodził się w Wybrzeżu Kości Słoniowej, ale dorastał w Mali. Tam, w jednej z akademii piłkarskich, szlifowano jego talent, występował w jednej drużynie z Adamą Traore, zanim w 2014 roku przeniósł się do Realu Bamako. Klub stał się jego przepustką do poważnej kariery, bo w Bamako wypatrzyli go skauci Lille.
SZALONY POMYSŁ BIELSY
Bissouma opowiedział przed dwoma laty na łamach „Guardiana”, jak długą drogę przeszedł od trzynastolatka opuszczającego z trudem rodzinny dom do wymarzonej ligi angielskiej. Mieszkańcy Brighton, widząc go siedzącego za kierownicą samochodu, pozdrawiają na skrzyżowaniach, niektórzy śpiewają o nim piosenkę. – To jest urocze – opowiadał.
W Abidżanie, w akademii klubu Majestic SC, poznał przyjaciół na całe życie. Pięciu zawodników z tamtej drużyny zostało zaproszonych do Bamako i cała piątka do dziś trzyma się ze sobą.
Początki w Europie były podobne do tych Sadio Mane. Bissouma mówił o zmarzniętych dłoniach, do czego nie potrafił przywyknąć, o tęsknocie za mamą i tatą, o Marcelo Bielsie, wystawiającym go na... prawej obronie. – Lubię go jako człowieka, ale powiedział mi, że czeka mnie kariera na tej pozycji, czego nie potrafiłem zrozumieć – śmiał się Bissouma. Dopiero po odejściu Bielsy wrócił do środka pola.
Niektórzy porównują go do Paula Pogby. Ale on sam tego nie robi. – Nie ma żadnego porównania. On jest mistrzem świata, grał w finale Ligi Mistrzów, zdobywał tytuły. Ja dopiero startuję. Może więc chodzi o podobieństwo fryzur? – wzruszał ramionami Malijczyk. Jego idolem jest jednak inny pomocnik, Yaya Toure. – Był najlepszy – mówi.
Niedawno dziennikarze „The Athletic” opisali historię tego chłopaka, który grał w testowych meczach bez butów, a następnie wykonywał kolejne kroki ku chwale – przyjechał do Anglii nie znając języka i będąc zielonym taktycznie, by wreszcie trafić pod skrzydła Graham Pottera, którego nazywa swoim drugim ojcem. Obaj z całą pewnością nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa w wielkiej piłce.
