Biografia Raekwona The Chefa to tak naprawdę historia i jego, i jego ekipy. Dla fanów Wu-Tang Clanu książka Z ulicy na scenę jest mocnym smaczkiem. A przecież jak słuchasz rapu, to pewnie jesteś fanem Wu.
Książka ukazała się na polskim rynku nakładem Wydawnictwa SQN. Dzięki uprzejmości SQN możemy opublikować jej fragment.
Napisałem szesnastkę, czyli 16 wersów, nie wiedząc jeszcze, co to jest. Dopiero zaczynałem pisać rymy i po prostu robiłem to do momentu, w którym miałem parę. RZA pomagał mi kształtować to, co miałem na papierze. Wyjaśnił mi, jak ważny jest początek i koniec każdej linijki, i pomagał mi łączyć słowa w wersy, ktore kończyły się podbiciem. Tamtego dnia wróciłem do domu z nagraniem tego, co zrobiliśmy, i poczuciem, jakbym był na szczycie świata. Wsiadłem do samochodu Majestica i jeździliśmy, słuchając tego gówna, całą noc.
Przesiadywałem u RZA codziennie i widywałem różnych kolesi z dzielnicy, którzy przychodzili, żeby się sprawdzić. RZA zaczął nagrywać demówki ludziom, których obydwoje znaliśmy, byli u niego Method Man (czyli Clifford Smith), U-God (Lamont Hawkins) i Inspectah Deck (Jason Richard Hunter). Sprawdzał ich i werbował najlepszych i najzdolniejszych. Śledziłem każdy ruch RZA i GZA, próbując nauczyć się wszystkiego, co mogłem, o branży muzycznej. Obserwowałem, jak się zachowywali względem producentów i przedstawicieli wytwórni płytowych, którzy byli nimi coraz bardziej zainteresowani. Każdego dnia dawało mi to energię, bo na własne oczy widziałem, jak ich praca procentuje. Kiedy zaczęli negocjować kontrakty płytowe, dowiedziałem się, jakie są oczekiwania wobec twórców, jak ważny jest singiel, jak są skonstruowane umowy wydawnicze i jak wytw.rnie próbują później kształtować wizerunek artysty.
Jeśli chodzi o bardziej prywatne sprawy, to ponieważ GZA był naprawdę bardzo zaangażowany w The Nation, każdego dnia wciągał mnie głębiej w naukę najwyższej matematyki. Do wspólnego studiowania wybierał najbardziej zaawansowane lekcje. Poszerzaliśmy naszą wiedzę, a później jeden z drugim brali mnie na celownik, żeby sprawdzić, czy naprawdę mi zależy na The Nation, czy też jestem tylko pozerem. Nalegali, żeby wprowadzać nauki nie tylko do naszego codziennego życia, ale również do muzyki i tekstów. Niestety nie widywałem GZA tak często, jak bym chciał. Na co dzień mieszkał na Brooklynie i przyjeżdżał do RZA tylko raz na jakiś czas, ale kiedy byliśmy razem, traktował mnie jak młodszego brata. Miał teksty, miał rymy, a we wszystko wpisana była jego wiedza. GZA bardzo dużo mnie nauczył, choć wcale się nie starał.
Czułem, że piszę o wiele lepsze teksty, mając tych dwóch przy sobie, niż gdy jestem sam. Tworzyłem wersy z większą świadomością. Nadal śledziłem kariery moich bohaterów, ale zupełnie inaczej patrzyłem na to, co robią. Rakim, Slick Rick, KRS-One, Big Daddy Kane, Heavy D, Run-D.M.C. i Kool G Rap – to były prawdziwe legendy i wzory do naśladowania. Wszyscy byli mądrzy i prawdziwi dla ulicy, ale wciąż zapewniali mnóstwo rozrywki. Każdy z nich był artystą, jakim chciałem się stać. Zarywałem nocki, pracując, żeby następnego dnia pokazać RZA coś świeżego. Pisałem o zmyślonych handlarzach narkotyków, kręceniu interesów na ulicach, napadach z bronią, a wszędzie, gdzie tylko mogłem, wplatałem drobne fragmenty wiedzy i lekcji Five Percent.
I mimo że w tamtym czasie próbowałem zrobić wszystko, żeby zamknąć za sobą etap uliczny, to tak naprawdę byłem rapującym dilerem przyjaźniącym się z RZA. To ten rodzaj życia i idący za nim sposób zachowania znałem najlepiej, a było to też coś, co RZA chciał wykorzystać, formując nową muzyczną rodzinę. Jednak w 1989 roku, kiedy dostał kontrakt płytowy z Tommy Boy Records, sprawy utknęły w martwym punkcie.
Gdy do tego doszło, wszyscy zaczęli mówić o RZA. Kiedy ktoś z dzielnicy dostawał kontrakt, uznawano go za celebrytę i bohatera i wszyscy zachowywali się tak, jakby ten sukces należał do całej społeczności. Nikt z nas nie wiedział, dokąd pójść i co zrobić, żeby coś takiego osiągnąć. W pobliżu nie było profesjonalnych studiów nagraniowych i nikt nie myślał o tworzeniu piosenek. Każdy rapował dla zabawy, a niektórzy nagrywali coś na kasety, żeby się pokazać w sąsiedztwie. To, co robił RZA, prezentowało inny poziom i ludzie w końcu to dostrzegli. Robiłem wszystko, żeby trzymać się blisko, zarówno jego, jak i GZA, bo wiedziałem, że coś osiągną. Dlatego kiedy mówili mi, że potrafię rymować, znaczyło to dla mnie o wiele więcej, niż kiedy stwierdzał to ktokolwiek inny.
Spędzanie z nimi czasu i poważniejsze podejście do muzyki sprawiły, że poczułem się, jakbym odzyskiwał kontakt z czymś znanym. Gdy dorastałem, zawsze miałem wokół siebie paczkę przyjaciół. Nasze cele i motywacje zmieniały się i ewoluowały na przestrzeni lat, ale idea bycia razem zawsze była w moim życiu obecna i miała korzenie w hip-hopie. Muzyka się zmieniała i my również, ale na każdym etapie zbieraliśmy się wspólnie i rapowaliśmy. To był freestyle na klatkach schodowych naszych budynków albo przed nimi na ulicy, albo z tyłu podczas ćpania. Każdy na dzielnicy tak robił. W każdej chwili, nawet kiedy tylko przechodziliście obok, mogliście spodziewać się tego, że ktoś stojący w kręgu zarzuci wam jakiś rym. Nikt się nie przejmował stylem, tylko wszyscy wybuchali śmiechem, a wy musieliście wymyślić coś w ripoście i podać to dalej. Właśnie to znałem najlepiej. Ale mój świat uległ zmianie, kiedy zacząłem pisać rymy i nawijać wersy w przemyślany sposób. Nosiłem ze sobą muzykę, którą robił RZA.
