Platformie innej niż wszystkie, bo ile znacie serwisów streamingowych, które otwarcie… namawiają, by chodzić do kina?
Sponsorem tekstu jest marka Cinobo
3 listopada – to data startu Cinobo w Polsce, choć ta historia zaczęła się sześć lat temu w Grecji. Pomysł prosty: stworzyć platformę z naprawdę dobrym kinem, bez zapychaczy, żeby tylko liczba tytułów się zgadzała. Z czasem Cinobo ewoluowało, rozszerzyło swoją działalność o dystrybucję, co więcej, marka zaczęła przywracać do życia zapomniane greckie kina!
Czym Cinobo wyróżnia się na tle konkurencji?
– staranna selekcja kina autorskiego, festiwalowego, tytułów kultowych, których naprawdę nie można znaleźć nigdzie indziej w streamingu (jak choćby „Nienawiść”).
– Cinobo Pass, czyli bilety do partnerskich kin w ramach subskrypcji; to pierwsza platforma streamingowa, która – paradoksalnie – namawia, by chodzić do kina.
– rekomendacje, kolekcje, pokazy specjalne dla subskrybentów – czyli tzw. czynnik ludzki zamiast bezdusznego algorytmu
Na Cinobo można znaleźć filmy dobrane według dekad, ale i na przykład gatunków, czasu trwania (dla szczególnie spieszących się są tytuły trwające mniej niż 90 minut), nastroju (sekcja „I feel good”), selekcji poszczególnych kuratorów, jest dział zwycięzców festiwalu w Cannes (aż dwadzieścia sześć tytułów)… Niestandardowo, ale z poważnym podejściem do tematu.
Miesięczna subskrypcja Cinobo kosztuje 29,99 zł, subskrypcja roczna – 287,90 zł. W obu wersjach mamy to samo: dostęp do wszystkich filmów i seriali na Cinobo w jakości HD z polskimi napisami, możliwość oglądania offline, oglądanie na dwóch urządzeniach jednocześnie oraz bilety na wybrane seanse do kin partnerskich. Apka Cinobo jest dostępna na komputery, smartfony, tablety i Smart TV. Wszystkie informacje na ten temat można znaleźć na serwisie Cinobo.
Co my wybieramy z przebogatej biblioteki platformy? Na przykład jesienno-zimowe odświeżenie klasyków od Wong Kar-Waia (są jego wszystkie najbardziej znane filmy), Davida Lyncha (tu również dostępna większość filmografii z „Mulholland Drive” i „Lost Highway” na czele) czy Wima Wendersa (jest chociażby wspaniałe „Paryż, Teksas”). Czy inne ponadczasowe tytuły: „Nienawiść”, „Trainspotting”, „Donnie Darko”, „Przekleństwa niewinności”, a może pełna wersja „Kill Billa”, czyli „A Whole Bloody Affair”? Dobrze byłoby obejrzeć też najważniejsze tytuły współczesnej kinematografii rumuńskiej, chyba najmocniejszego „krajowego” nurtu w Europie. Albo zabrać się za dwadzieścia sześć tytułów, które zwyciężały festiwal w Cannes…
OK – starczy. Cinobo to bardzo przyjemna lekcja wiedzy o kinie przeszłym i teraźniejszym. Wciskamy „play”.
Sponsorem tekstu jest marka Cinobo
