Bez okrągłej rocznicy, bez większego pretekstu. O tej płycie trzeba pamiętać, bo jest jednym z niewielu rapowych wydawnictw początku 00's, które tak wyprzedziły swoje czasy.
Ten oryginalny i starannie przemyślany album jest kompletnym zaprzeczeniem tego, co kojarzy się z polskim hip hopem. Po pierwsze - muzycznie. Polskie podkłady hip hopowe to przeważnie prymityw, monotonia, fatalne brzmienie i brak pomysłu. Czasami też ordynarne zapożyczenia. Ma to sens, bo widocznie artyści wychodzą z założenia, że najważniejszy jest przekaz. Słucha się jednak tego fatalnie i na dłuższą metę jest to strawne tylko dla wtajemniczonych. Na płycie Fisza jest odwrotnie - pisał w 2003 roku nieżyjący już Robert Leszczyński, juror programu Idol i dziennikarz Gazety Wyborczej.
Ten fragment dość dobrze obrazuje tendencję, jaka utrzymywała się w tamtych czasach, kiedy Fisz i Emade wypuścili swoje F3. Mainstreamowe media traktowały hip-hop jak dziwadło, nie rozumiały, że na tych ordynarnych zapożyczeniach można zbudować coś nowego, jakościowego. Raperzy w ich oczach reprezentowali margines, obojętnie czy mówiliśmy o Moleście, Grammatikach czy WWO; liczył się tylko wizerunek. Dlatego spuszczanko nad wydawnictwami Asfalt Records było tak kolektywne, bo Łona czy Fisz byli odbierani przez dziennikarzy jako nasi.
O ile Łona od zawsze cieszył się na scenie powszechnym szacunkiem, bo był po prostu świetnym raperem, jeszcze lepszym tekściarzem, a do tego formalnie niezbyt wykraczał poza rapową formułę, o tyle z Fiszem ludzie mieli problem. Zwłaszcza przy trzeciej płycie, gdzie połączył rap z monodeklamacją i śpiewaniem, a Emade zrezygnował z tradycyjnych beatów na rzecz multiinstrumentalnych utworów. Co więcej, Fisz zapuścił włosy i zaczął pojawiać się w oldschoolowym dresiku adidasa, całkowicie odrzucając dominujące wówczas łyse pały pod bluzę z kapturem. Dzisiaj to może wydawać się śmieszne, ale wtedy ludzie naprawdę się na takie rzeczy oburzali.
Tymczasem widać, że rodzeństwo naprawdę wyprzedziło swoje czasy. Dziś podobnie śpiewany rap jest absolutnie powszechny, a nikt po nich nie wszedł do mainstreamu z tak bujającym jazz-rapem. Oczywiście, że jazz był i będzie w Polsce słuchany, ale najczęściej w wersji smooth, pod osobistym patronatem Marka Niedźwieckiego i składanek Jazz and the City. Może i F3 nie sprzedało się wybitnie, ale zbudowało fundament pod późniejsze komercyjne sukcesy Waglewskich, coraz mocniej poszerzających formę rapu. Komercyjne i artystyczne, bo poszukiwaniami braci inspirowało się wielu, m.in. Bitamina lub Miętha.
Poza tym te piosenki są po prostu uniwersalne. Czy depresyjne Sznurowadła, wpisujący się w narrację przegrywa Superfrajer, czy ironiczne Dynamit i Warszafka - to się nic a nic nie zestarzało. I nawet nie słucha się tego z pobłażaniem, częstym dla ponownego odkrywania klasyków polskiego rapu. Jest za to F3 czymś na kształt otuliny, w którą dobrze jest się po latach zanurzyć, bo każdy z tych numerów powoli, stopniowo, odkrywa kolejne warstwy. Niby beaty skromne a akompaniament instrumentalny mocno oszczędny, ale jest w tej płycie coś mocno hipnotycznego.
Co będziemy pisać - sprawdźcie sami.
