Scenie dał się poznać jako producent rapu z ulicy, jednak teraz odkleja tę łatkę, przygotowując projekt zróżnicowany stylistycznie. Chwilę przed wydaniem swojej pierwszej producenckiej płyty Szwed SWD opowiada nam o pracy nad nią, podejściem do nowego brzmienia i współpracy z raperami.
Jesteś na scenie już trochę czasu. Dlaczego akurat teraz wydajesz swoją pierwszą płytę producencką?
Lepiej byłoby zapytać: dlaczego tak późno? Kosi zawsze mnie za to gnębił, mówił: „mordo, kurwa, już za długo robisz ten uliczny, klasyczny rap”. No i teraz przyszedł moment, kiedy serio zmęczyłem się tym, z czego jestem najbardziej znany.
Czyli oldschoolowymi brzmieniami?
Kocham to robić i dalej będę, ale szanuję w muzyce otwartość i eksperyment. Nie siedzenie w pewniku, tylko sprawdzanie się.
Poczułeś niedosyt?
Ogromny, artystyczny. Ale to też nie jest tak, że w przeszłości stawiałem tylko na oldschool. Kilka lat temu zrobiliśmy z Kaczym płytę drillową, która jak na tamte czasy była dosyć fresh. Marek przywoził pierwsze drille z UK, których w Polsce jeszcze nikt nie słyszał – jakieś mixtape’y od gości z ulicy. Dzięki temu poznałem Section Boyz, 6ix 7even i tak dalej.
Skąd chęć poznawania nowych rzeczy? Wielu raperów i producentów robi to samo od lat i nie ma potrzeby eksperymentować.
To głód i nuda. Jak się nudzę, szukam inspiracji. Nie boję się dotknąć nowego gatunku. Mam porobione techno-transowe rzeczy, przyjdzie czas, że je pokażę. Z jednej strony potrafię zrobić bardzo uliczne, mroczne rzeczy, z drugiej ciągnie mnie w stronę poetycką, elektroniczną R&B.
Czy czujesz, że w tych wszystkich gatunkach zachowujesz swój styl?
Ludzie mówią, że jak wchodzi bit, to każdy wie, że to Szwed. A ja tak nie mam. Szczura rozpoznam, Kubiego też. Kiedyś chciałem być polskim Alchemistem, ale szybko mi się znudziło. Muszę mieć drive.
A jak dobierasz gości na płytę producencką? Cały skład jest bardzo zróżnicowany.
Wspierają mnie Onar, Krzysztof Titz – mój wydawca – oraz Filip Kalinowski. Jak mam problem, to ich pytam i razem wymyślamy. Na płycie znajdzie się numer Żyta i 3BRATA, którego koncept wymyślił Filip. Niektórych małolatów mi pokazuje Onar, bo on digguje, co się dzieje w podziemiu.
Wspomniałeś o młodych artystach. Kim z nowej szkoły się jarasz?
Faustyna Matejczuk – polska odpowiedź na Bjork. Do tego Pazzy, Skumaj, Gryca, którego propsowaliście na UNDER STREAM; Soulard – czekam na pierdolnięcie z jego strony. No i Polskii, ale on to już nie podziemie, oraz oczywiście Macias.
Właśnie – wasz wspólny numer trochę namieszał. Jak doszło do tej współpracy?
Jak wypuszczaliśmy ten singiel, to nie spodziewałem się, że aż tak dobrze pójdzie. Wiedziałem, że jest dobry, ale i tak zaskoczyło mnie tak entuzjastyczne przyjęcie. Części moich słuchaczy nie spodobało się, że współpracuję z artystą znanym kiedyś z „BEJ ANTHEM” i ogólnie klimatów pato, ale po kilku tygodniach wracali i mówili: „stary, piąte, szóste podejście, zaczyna mi się podobać”.
Z Maciasem spotkałem się w studiu RHW na Żoliborzu w Warszawie. I było to spotkanie w stylu: widzisz kogoś pierwszy raz w życiu, a masz wrażenie, że znacie się od lat. Miałem dla niego przygotowane bardziej bengerowe, trapowe podkłady, ale on zajarał się czymś zupełnie innym. Emocjonalnie rozjebało mnie to, jak podszedł do nagrywania „Sweter znanej marki”. Do dziś mamy kontakt i myślę, że gdybyśmy się zamknęli w studiu, zrobilibyśmy dobrą epkę.
Singiel Onara i Barego porusza temat zdrowia psychicznego mężczyzny. To był twój pomysł?
Powstał wspólnie. Sporo z Marcinem [Onarem] o tym gadaliśmy. Podziwiał, że w wieku 23 lat podjąłem się terapii. Polecam to każdemu. Całe życie borykam się z różnymi problemami, może dlatego potrafię robić muzykę – przekazuję emocje. Ten numer mówi o duszeniu w sobie, nie mówieniu, staniu z boku: „dobra, zapomnij, bądź silny, leć dalej”. Takie podejście dwa razy zaprowadziło mnie na dno. Muzyka była moim ratunkiem.
Z niektórymi raperami mam tak, że nawet nie muszę im mówić, o czym ma być dany utwór – oni słyszą bit i przekazują to, co ja bym przekazał, gdybym umiał pisać teksty. Tak było właśnie z Onarem.
Z jednej strony Bary i Macias, z drugiej – Ero i Wena. Czy truskulowy rap można jeszcze robić w świeży sposób?
Tak, jeżeli kumasz, o co chodzi w „bujaniu głową”. Doskonały przykład: Biak i Qzyn. Przesłuchałem ich płytę, byłem na wystawie Qzyna we Wrocławiu. Dla mnie oni są definicją świeżego trueschoolu – grizzledowego, alchemistowego. Myślę, że część polskich słuchaczy tęskni za takimi brzmieniami. Trapu mamy dużo, popowych rzeczy w chuj, a tego za mało.
Na koniec muszę cię podpytać o AI. W środowisku coraz częstszym zjawiskiem jest generowanie całych bitów w Suno. Co o tym myślisz?
Suno działa tylko do pewnego momentu i to słychać. Jak ktoś przychodzi do mnie z beatem z Suno, od razu proponuję: „stary, zrobię ci to nawet po kosztach, tylko zmieńmy to, bo to wieśniactwo”. Tworzenie całych utworów przez Suno jest wieśniackie. To generyczna muzyka. Wielki strach muzyków, że nas zastąpi – w ogóle się nie zgadzam.
Nie boisz się?
Nie. Prawdziwy artysta zawsze będzie szukał czegoś wyjątkowego, nie zadowoli go generyczna muzyka z Suno, które może pomagać i przyspieszać proces, ale nigdy nie zrobi dobrego bitu od a do z. Ja traktuję to trochę jak type beaty. Coś, czym raper może się zasugerować, co stanie się jakimś pierwszym krokiem, ale nie całością. Tak więc czy type beat jest zagrożeniem dla oryginalnej produkcji? Nie. I tak samo jest z AI.
Bardziej boli mnie serce, gdy jestem w mniejszych miastach i słyszę, że ludzie słuchają przy grillu z rodziną muzyki tworzonej w stu procentach przez sztuczną inteligencję. Kumam, bo tam są wpisane teksty, których oni potrzebują. A w Polsce nie ma artysty, który im to zaśpiewa. Ale to jednak trochę smutne. I nie mówię tego, bo się boję, że takie piosenki zastąpią moje – tylko serio: w Polsce mamy tylu dobrych artystów, nie słuchajmy muzyki wygenerowanej przez komputer.
Album producencki Szweda SWD ukaże się w listopadzie.
