
Kiedy powstawał newonce, powoli zacierały się wspomnienia o posusze na scenie. Raperzy na potęgę zaczęli szturmować OLiS; po gimnazjach śpiewano Gang Albanii, a w kuluarach szeptano z namaszczeniem o Hewrze i Mobbyn. Minęła dekada – dla gatunku epoka. Podsumowujemy tę epokę w stu płytach.
Artykuł pierwotnie ukazał się 25 listopada 2025 roku
Początek hossy na naszej scenie w pierwszej połowie poprzedniej dekady nie był punktem. Był procesem. W 2012 roku na ekrany kin wszedł film Jesteś bogiem, później Donatan rozbił bank z Równonocą. Z każdym kolejnym rokiem rosły nakłady płyt, a na szczyt listy sprzedaży nie trafiały już tylko takie tuzy jak O.S.T.R., ale też choćby Quebonafide z Ezoteryką. Wciąż jednak jako community ekscytowaliśmy się wyprzedanym Torwarem, a nie kolejnym sold outem areny na sześćdziesiąt koła widzów. Świat zwariował w dziesięć lat, nie?
Najbardziej ekscytujące w tej historii nie były jednak słupki, a nowe prądy i postaci, które wywracały do góry nogami dotychczasowy porządek. Nie, żebyśmy zaintrygowani nie śledzili, jak w tym wszystkim odnajdują się dotychczasowe ikony. Chwilę przed tym, zanim się pojawiliśmy w przestrzeni medialnej, LSO nagrali serce, a Kaz i Belmondo – Sos, ciuchy i borciuchy; chwilę później – swoją potęgę zaczął budować SBM. Jak to w ogóle brzmi z obecnej perspektywy, gdy za świętego patrona undergroundu od dawna uchodzi vkie; Drabusheyka przeprowadza operację na otwartym sercu gatunku, w czym przyklaskuje mu Artur Rojek; wszyscy wróżą wielkie rzeczy wane’owi.
Celebrując dziesięciolecie newonce, moglibyśmy wspominać koncert PRO8L3MU na naszych pierwszych urodzinach. Albo sesję Quebonafide w papierze czy jego legendarny występ u Solara. Albo freestyle młodego Okiego w radio. Albo wywiady młodych Jana-rapowanie czy Maty. Albo wizytę Młodego Westa. Albo setki innych wydarzeń… Na to pewnie jeszcze przyjdzie czas – choćby w ramach przygotowywanej właśnie serii #archives (coming soon).
W tym momencie prezentujemy jednak – prawdopodobnie – naszą największą publikację, która stanowi podsumowanie tej ery na scenie. A żeby jeszcze podkreślić odświętny charakter przeglądu, zaprosiliśmy do współpracy autorów, którzy na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat przynależeli do naszego uniwersum: Lecha Podhalicza – obecnie dziennikarza GQ Poland, Filipa Kalinowskiego prowadzącego Zbiórkę z podwórka w radiowej Trójce i Klementynę Szczukę z publikacjami w Vogue czy Dwutygodniku na koncie.
Z ważnych kwestii formalnych. Zdecydowaliśmy się na KOLEJNOŚĆ ALFABETYCZNĄ, a nie ranking, bo wyprawiamy tu benefis, a nie wyścigi. Poza tym nie chcieliśmy porywać się na wyzwanie skazane z góry na porażkę, jak to ostatnio zrobił Pitchfork. Druga sprawa – zależało nam na wyeksponowaniu różnorodności, dlatego zdarzyło się sięgnąć po nieoczywisty czy zapomniany tytuł, zamiast dorzucać kolejne wydawnictwo od tego samego, dużego wykonawcy.
1988 – „Ruleta” (2022)
Po rozpadzie Synów uwaga fanów skupiła się na solowych projektach Piernikowskiego i 1988. Bo – jak to z post-breakupowymi wydawnictwami bywa – odsłaniają realne umiejętności artystów, bez chowania się za kumatym kolegą czy koleżanką. Wyzwanie tym większe, gdy na lodzie zostaje producent. Jak uspójnić klimat na płycie producenckiej, uginającej się od featuringów? Niełatwe zadanie, ale 1988 zawsze miał smykałkę do malowania brzmieniem przestrzeni i światów, dlatego jako klej montażowy tej międzypokoleniowej meblościanki posłużyła mu dobrze znana basówa. W zwałach jego dymu nie odnajdzie się każdy, ale Przemek stworzył – dosłownie – drużynę idealną. Estera Florek
AG X LOHLEQ – „LET’S DANCE MIXTAPE” (2025)
Był czas, że AG funkcjonował w trapowej świadomości jako przyjaciel i hypeman Asstera, ale zmieniło się to, gdy dopadł Lohleqa na festiwalu w Siemiatyczach, gdzie ten przyjechał z Otsochodzi. Ich zadzierzgnięta wówczas znajomość przełożyła się na eksplozywny materiał, który pomimo mixtape’owego charakteru, jest przez rapera z Łodzi traktowany jako pełnoprawny i poważny debiut. Zero zdziwienia – LET’S DANCE MIXTAPE to wizytówka, o której niejeden newcomer mógłby pomarzyć; stylowy hołd dla muzyki z Atlanty pełen niemal crunkowej energii; sprawnie poprowadzony dramaturgicznie (nie do przecenienia – hostowanie); zaskakujący balansem komedii i dramatu. A skoro o paradoksach – LET’S DANCE MIXTAPE jest stylowy w grze z przeszłością, ale też czujny i świeży w relacji z tym, co tu i teraz. Marek Fall
AMEN HEWRA – „Trafisz Do Nieba” (2021)
Jakby się przyjrzeć działalności Gicika A’mane, wjeżdżają trochę klechdy z Trójkąta Bermudzkiego. W tym sensie, że to historia, której źródła sięgają – jak to pisał Filip Kalinowski – wczesnych sreber JWP. Przebiegająca przez kolejne klasyki rodzimego hip-hopu typu Dobra Częstotliwość Praktika i Życie Na Kredycie WWO; pnąca się lianą duszy do HEWRY. Najbardziej niezwykły i osobny movement na naszej scenie ever – obok, powiedzmy, LSO – nie doczekał się nigdy puenty w postaci pełnometrażowego wydawnictwa. Za pewnego rodzaju późny spin-off można by uznać Trafisz Do Nieba, czyli samodzielną ucieczkę Amena od – jak sam mówił w wywiadzie dla nas – przeruchanego newschoolu w kierunku napoczętym przez Alchemista na Americaz Nightmare. Gicik uważa, że eksperyment się nie powiódł. Ale to chyba jak z penicyliną? Marek Fall
Avi x Louis Villain – „Trylogia Sycylijska” (2018-2021)
Mała prywata. W hip-hopowym bestiariuszu Avi od zawsze reprezentował moją ulubioną figurę rapera-everymana. Człowieka, który nawija bez zbędnych inkrustacji, emploi ma takie, że nie sposób na pierwszy rzut oka przypasować go do konkretnej grupy społecznej. Co szlachetne – w erze kreacji kultywuje swoją uliczną belferskość. Wiadomo – nie ma cyrkowego flow, ale to tylko podkreśla jego credibility. To raper, przy którym wyłączasz nakładkę ironii, słuchasz i czujesz, że w tym jest życie. Synowski real talk w Piecie, kokainowy pamiętnik Jeden z anonimowych… Przecięcie literatury Aviego z czujną, uliczną nawijką Louisa dało świetną i chyba jednak trochę niedocenioną trylogię, która całkiem możliwe, że poukładała życiorys niejednemu koneserowi osiedlowych wrażeń. Jacek Sobczyński
bambi – „IRL” (2023)
Niewiele osób na polskiej scenie rapowej osiągnęło tak duży mainstreamowy sukces, jaki stał się udziałem bambi. Co by nie mówić, Michalina wprowadziła coś nowego. Wspólnie z Young Leosią wypełniły niszę i sprawiły, że krajowy rap stał się bardziej dziewczyński; zyskał nową reprezentację. Muzyka bambi wpisuje się w szerszy trend w kulturze – laski od kilku lat odzyskują swoją estetykę; przez społeczeństwo zwykle postrzeganą jako not cool. Debiutancki album bambi, IRL, to zbiór w większości imprezowych – co nie oznacza, że pozbawionych treści – numerów. Kawałki wraz ze skitami układają się w luźną historię młodej dziewczyny, której życie naturalnie zmieniło się wraz z popularnością. Ta dziewczyna pozostaje jednak taka sama. Niby nic odkrywczego, a jednak się udało. Sukces IRL jest tym bardziej znamienny, że album ukazał się w Baila Ella, wytwórni założonej przez mentorkę bambi. Mentorkę – nie mentora. Klementyna Szczuka
Barto Katt — „Sztuczne Kwiaty” (2020)
Ewidentnie dostaje klaustrofobii w gatunkowych ramach – pisał o nim na naszych łamach Marek Fall. Słusznie. Ja bym jeszcze dodał, że ewidentnie potrzebny jest tej scenie taki Barto Katt, żeby pokazywać, do czego prowadzi notoryczne wychodzenie z własnej strefy komfortu. Myślisz, że Barto miał być nowym DOOMEM, a ten zrobił płytę, która mogłaby być osobnym festiwalem muzycznym. Tyle jest tam poupychanych inspiracji – od podziemnej elektroniki, przez jakiś dziwaczny alt-trap, po gitary jak z czasów, kiedy Cool Kids Of Death byli jeszcze słuchalni. Sam rapuje, produkuje i wydaje. Sam w BUMP’12 skupia wokół siebie podobnych odszczepieńców, dla których od rapu do GG Allina wcale nie jest tak daleko. Wydaje dużo, a i tak nie ma w repertuarze niczego poniżej 6/10. Serio, w ostatnim dziesięcioleciu niewiele przydarzyło się krajowemu rapowi lepszych rzeczy niż działalność Barto Katta. Jacek Sobczyński
Bedoes & Kubi Producent – „Kwiat Polskiej Młodzieży” (2018)
Jeden z pierwszych raperów podpisanych w labelu SB Maffiji. I jeden z tych, którzy spośród reprezentantów wytwórni odnieśli największy sukces. Drugi album Bedoesa, stworzony z również wchodzącym w tamtym czasie na scenę Kubim Producentem, sygnalizował zmianę w życiu i karierze Borysa. Wyrzygałem wszystko na tej płycie, zamknąłem rozdział i idę dalej – powiedział w wywiadzie udzielonym Markowi Fallowi po premierze materiału. Kwiat Polskiej Młodzieży udowodnił, że trapowy, wypełniony bangerami krążek może opowiadać historię. Bedoes otwarcie nawija na nim o życiu w biedzie oraz awansie społecznym; jest głosem młodych ludzi, którzy chcą od życia czegoś więcej. I jeszcze jedno – okładka. Widać na niej ścianę polskiego domu i kawałek trawnika, na którym leży martwy pies. Jak wyjaśnia w outro autor fotografii, Tomáš Agat Błoński, Reksio był psem sąsiada, który, podobnie jak ojciec tego mężczyzny, mierzył się z problemem alkoholowym. Klementyna Szczuka
Bedoes & Lanek – „Opowieści z Doliny Smoków” (2019)
Tytułowe smoki to metafora uczuć. Dolina – to miasto. Ta płyta, podobnie jak wydany wcześniej Kwiat Polskiej Młodzieży (2018) oraz późniejsza Rewolucja Romantyczna (2021), jest pełna patosu, emocji i fleksu. Tym razem Bedoes nagrał krążek z Lankiem, który wcześniej stworzył jego debiutancką EP-kę 2114 (2014) i pracował nad albumami m.in. z Białasem. Może i na tej płycie jest sporo przypadkowych wersów i chaosu, ale jej siłą jest melodyjność i – przede wszystkim – wspomniane emocje. Bedoes raz jest śmiertelnie poważny, by za chwilę przerwać utwór zabawnym wtrąceniem, jak w Brzydkich rzeczach. To na tym albumie znajduje się też klasyczny już singiel-statement 1998 (mam to we krwi), break-up i love song w jednym Jesteś ładniejsza niż na zdjęciach (na zawsze) czy szalony VOGUE. Klementyna Szczuka
Belmondawg – „H.A.U.” (2021)
Z perspektywy czasu w kategoriach cudu należy rozpatrywać, że najlepszy umysł mego pokolenia wylosował się na chwil kilka zwarty i gotowy, żeby dowieźć materiał na miarę językowego rozmachu i charyzmy, którą obdarowała go natura. Kultura pewnie też. A jest jeszcze cud w cudzie, że oprawę muzyczną superbłyskotliwej, dalekiej od postironii literaturze Młodego G zapewnił gość przed czterdziestką, o którym wcześniej mało kto słyszał (Expo 2000). Hustle As Usual to instant klasyk; niemal all killer no filler; dokonanie, które przynosi ultymatywną nobilitację, jaką jest przenikanie szlagwortów z kawałków do mowy potocznej. Jedyne rozczarowanie – jak komuś się wydawało, że Belmondawg rozgrywa tu mecz jako jednoosobowa drużyna Redeem Team, to jednak nie bardzo. Marek Fall
Berson – „Żelbeton Solo” (2021)
Gdyby polskie wytwórnie rapowe podchodziły do obsługi swoich podopiecznych z większą elastycznością i kreatywnością, SPÓŁKA ZOO miałaby szansę zostać nową Molestą. Szeroko słyszanym głosem ulic, który jest jednocześnie nośny i wiarygodny, a dochodzi z gardeł zupełnie odmiennych od siebie ludzi. W tej barwnej ekipie Berson od zawsze robił za człowieka stojącego gdzieś w tle, obdarzonego cichą charyzmą i budzącą szacunek pewnością siebie bohatera drugiego planu. Kiedy jednak przychodzi jego kolej, za każdym razem wjeżdża jak czołg. Reprezentując – mniej więcej – piąte pokolenie warszawskiej colendy (pisanej przez c, bo każdy robi błędy), Bery umie twardo i dobitnie wyłożyć swoje racje, czego najlepszym przykładem jest jego solowy debiut. Nieustannie dialogujący z rapową współczesnością, szczególnie drillem, @atutowy stworzył tu jedne ze swoich najbardziej osobnych bitów, natomiast singlowy Wulkan wciąż jest złotym przykładem tego, jak mógłby brzmieć nadwiślański newschool, gdyby żywił się częściej lokalną muzyką, nie amerykańskim trapem. Filip Kalinowski
Biak/Qzyn – „Jasny Obraz Ciemnych Czasów” (2024)
Przez długie dekady polscy raperzy nigdy nie dorastali. Najpierw przeżywali swój młodzieńczy okres burzy i naporu, a później, z pozycji dziadka, mówili, że wszystko, co robili wcześniej, było złe i ty tak nie rób, dzieciak. Biak tymczasem, gdy wrócił w zeszłym roku na scenę, dał się poznać jako dorosły facet, który nie wypiera się swoich doświadczeń i nie wstydzi słabości. Wraz z narodzinami syna stał się bardziej samoświadomy, stąd rozliczanie się z własną przeszłością. Ale nie stracił przy tym pasji i pewności, że rap najlepiej realizuje się w rejestrach podwórkowo-awanturniczych. Byłem w ciemnych miejscach nie tylko, kiedy szedłem malować/I tak sfrustrowany, że mówiłem, że nie chcę rapować/Ale dzieciak, co to zaczął, byłby smutny jakbym przestał/A chcę zwrócić mu dzieciństwo, a nie solić rany w sercu/To nie zajawa, to tożsamość, choć tak samo mi potrzebne, to już nie to samo – rapuje w singlowym Nogi ze stołu, a towarzyszący mu przy tym bit Qzyna chwyta za serce jednocześnie wychowanków starego, 90'sowego hip-hopu, jak i fascynatów współczesności z rozdania Alchemista i Griselda by Fashion Rebels. J.O.C.C. to album, który do kanonu wszedł już w momencie swojej premiery. W czasach, w których o klasyki jest naprawdę ciężko. Filip Kalinowski
Białas – „Rehab” (2015)
Kto by się spodziewał, że raper znany z beefów, internetowych zaczepek czy bitew freestylowych, swoją mainstreamową karierę otworzy takim albumem? Szczerym do bólu, dojrzałym i osobistym. Rehab to ostatni projekt Białasa przed utworzeniem SBM Labelu. I jednocześnie najciekawszy w jego dyskografii – całkowicie różniący się od reszty. Tuż przed wejściem na rapowy top Białas zboczył na chwilę z obranej ścieżki i postanowił się wygadać, pokazać słuchaczom inną twarz. Częściowo zrezygnował z uwielbianej przez siebie bezpośredniości na rzecz ulicznych metafor, które budowały melancholijny charakter tego krążka – nawet jeśli czasem brakowało im polotu. Mało jechania kurew i palenia blantów, dużo samorefleksji i uczuć. Ciekawe, że Białas już nigdy później nie zdecydował się na podobny ruch. JJ Święcicki
Białas & Lanek – „POLON” (2017)
Jeśli wybrać płyty, bez których komercyjny sukces SBM Labelu byłby niemożliwy, to na pewno trzeba by wskazać POLON. To pod względem rapowym najlepszy album Białasa, a pod względem produkcyjnym – jeden z najlepszych Lanka. Obaj sprawnie przenieśli na polską scenę inspiracje z zachodu Europy; nieprzypadkowo w tym samym czasie co POLON wychodziło Commando od Niski czy Konnichiwa od Skepty. Białas i Lanek dorzucili do zachodniej stylówki polskie cwaniactwo i surowość, które w połączeniu z liryczną błyskotliwością Biziego dało imponujący efekt. Po czasie POLON nie robi już aż takiego wrażenia jak wtedy, gdy wychodził, ale Ganges (z fantastycznym miksem!) czy Ale ja nie dobrze się zestarzały. JJ Święcicki
BonSoul – „Lepiej Nie Pytać” (2015)
Nikt tak pięknie jak Bons nie opowiada o spierdoleniu sobie życia, co wybrzmiewa tym mocniej, im bardziej polski rap skręcił w stronę instagramowego coachingu i dzielenia się ze słuchaczem energią wygrywania. Szczęście leży na ulicy, tylko musisz je podnieść? Powiedz to gościowi od wersów Gdzie byliście, kurwy, jak nie miałem grosza, a za dwa dni chuj wyłączy prąd / Gdy zdychałem trzeci dzień po prochach i tak bardzo chciałem już, by skończyć to. Poziom szczerości na autobiograficznym Lepiej nie pytać jest niebywały. Minęła dekada, te historie dalej chwytają, a Soulpete i jego przybrudzone, winylowe beaty wypatrują odpowiednika co najwyżej za oceanem, w okolicach legendarnej kanciapy Stones Throw, bo u nas to raczej konkurencja bez podjazdu. Może z wyjątkiem Qzyna. Jacek Sobczyński
Borixon – „Mołotow” (2018)
Gdy grał zespołowo (Wzgórze Ya-Pa 3, Gang Albanii, chillwagon, uniwersum polskiego bounce’u) – zmieniał oblicze sceny; chłop jest na niej od trzydziestu lat i kilkukrotnie przykładał rękę do najważniejszych zjawisk. Ale solowo Borixon może czuć się niedoceniony. Wydał ponad dziesięć albumów i żaden nie trafił do żelaznego kanonu. Najbardziej szkoda chyba Mołotowa, mocno spójnego produkcyjnie, po aptekarsku wyważonego pomiędzy bangerstwem a refleksyjnymi trackami, z klasą rozliczającego przeszłość na nowoczesnych, syntetycznych patentach. Może zawinił słuchacz, który chętniej przyswaja Borixona jako mentora innych niż pełnokrwistą, działającą na własny rachunek postać. To trochę jak z defensywnymi pomocnikami w piłce; nigdy nie powalczą o nagrody indywidualne, ale zespół bez nich nie może funkcjonować. Jacek Sobczyński
chillwagon – „chillwagon” (2019)
chillwagon to plac zabaw, który był potrzebny każdemu z nas – opowiadał mi Żabson podczas wywiadu w 2019 roku. Mówiąc nas miał rzecz jasna na myśli uczestników ekipy pod przewodnictwem Borixona, ale można spojrzeć na to szerzej – na niezmierzone rzesze odbiorców tego wielobarwnego projektu, który przecież dosłownie zatrząsł sceną pod koniec poprzedniej dekady. Zdaniem Żaby chillwagon odpowiadał u nas w tamtym czasie na taką samą potrzebę, na jaką w Stanach odpowiadały mixtape’y. To miał być luźny rap z kanciapy, nagrywany bez komercyjnych oczekiwań, jakby nagrywać pierwszy kawałek w szafie. I taki był ten złoty drop: wypełniony pod korek głupawymi catchphrase’ami, niesamowicie przebojowy, bardzo hop do przodu, wyprzedzający w pewnym stopniu swoje czasy – co skądinąd nie pierwszy raz przydarzyło się Borygo. Marek Fall
Cichoń – „Draft” (2024)
Kuba na Drafcie jest, jak sam określił, swoją własną wersją roboczą. Ta płyta to intymny strumień świadomości osoby, która poszukuje siebie i notorycznie kwestionuje sens życia. Projekt ma charakter reportażowy, bo te krótkie utwory są niemal kronikarskim opisem chaotycznych, mrocznych i brudnych obrazków z jego życia. A propos brudu – nie sposób nie wyczuć go również w brzmieniu, które kojarzy się i z alt-rapowym wavem (Earl Sweatshirt, Navy Blue, Pink Siffu czy billy woods), i topornym polskim rapem z lat 90. Żeby dobrze zrozumieć Draft, musimy cofnąć się jeszcze dalej, do lat 50. To wtedy ukazał się film Pętla Wojciecha Jerzego Hasa, jeden z najlepszych obrazów alkoholizmu w historii polskiego kina. Przez krążek przewijają się sample z tej produkcji, a teksty zahaczają o wątki uzależnienia i depresji, o których również opowiada film Hasa. Nianiu
club2020 – „club2020” (2023)
club2020 to Avengersi polskiego rapu, a ich self-titled krążek jest projektem o rozmachu Endgame. Są powody, dla których zazwyczaj takich płyt się po prostu nie nagrywa: konflikty ego, logistyka, różne wizje artystyczne. Tutaj, o dziwo, wszystko się udało. Nie było wcześniej na scenie tak wielkiej, kolektywnej mobilizacji. W postpandemicznej rzeczywistości otrzymaliśmy coś, czego potrzebowaliśmy wówczas najbardziej – potężną dawkę funu. Nianiu
ĆPAJ STAJL – „Lato w Ghettcie” (2018)
Nikt w Polsce jak ĆPAJ STAJL. Ba, nikt na świecie jak ĆPAJ STAJL. Nie dość bowiem, że od początku swojej drogi trzymają ekwilibrystyczny balans pomiędzy tym, co chwytliwe i awangardowe, proste i transgresyjne, wulgarne i wrażliwe, to jeszcze dają nadzieję na hip-hop. Lokalny, osobny, autorski hip-hop, dla którego nie sposób znaleźć punktu odniesienia gdziekolwiek na globie. Lato w Ghettcie jest natomiast fundamentem tego przećpanego stajlu. Płytą nadmiaru, który nie przytłacza, żartu, który nie odbiera powagi, chamstwa, pod którym kryje się człowiek z sercem na ręku. Kiedy Alick rapuje: Miałem sen, że mam dziewczynę i synka / Obudził mnie kanar, ja nie pamiętam nazwiska / Jedziemy na pętlę – o kurwa, jak to brzmi! / Wyważam z buta drzwi, tutaj nie ma czym oddychać do dziś mam ciarki. ĆPAJ STAJL zmienili paradygmat na scenie; sztywne, prawilne chłopaki z polskich osiedli pozwoliły sobie na wreszcie na emocjonalną otwartość, jakiej nie sposób było wcześniej znaleźć na (wybaczcie uproszczenie) scenie ulicznej. Filip Kalinowski
CRANK ALL – „M O V I E” (2023)
Crank All ciśnie swoją ścieżką, a nie z resztą. Hustlerski kronikarz długo pozostawał poza radarem. Niedoceniony under z terenów przyległych Ćpaj Stajlom, Kazowi Bałagane czy Hałastrze. Zresztą, właśnie w labelu E1 – założonym przez Księcia Mazowieckiego i Kwiatka Haze’a – wypuścił album M O V I E. Wypełniony precyzyjnymi punchline’ami i różnorodnym brzmieniem. Nie tylko phonk czy Memphis, z którymi kojarzony jest małopolski zawadiaka. Sporo tu bezpośredniego newschoolu; trafia się klasyczny boombap. Ofensywny sound, chwytliwe numery, świetna selekcja bitów. Celowo kanciaste, spowolnione flow, zawieszone gdzieś pomiędzy stylówą Żyta a Oskara. Reprezentant krakowskiego rewiru z zerem kompleksów – Crank All lepszy, resztę pieprzyć. Lech Podhalicz
Dwa Sławy – „Ludzie Sztosy” (2015)
Niech będą dzięki Weezy’emu, że lektor języka angielskiego wraz ze swoim kolegą, ekspedientem ze sklepu monopolowego w Łodzi, wyplątali się ze swetrów i zamiast uczestniczyć w festiwalu piosenki studenckiej, zasilili awangardę nowego rapu w naszym kraju. Zabawne skądinąd, że gdy wychodził ten album, Astek mówił mi w wywiadzie dla Onetu: Nie wiem, czy w Polsce jest popyt na newschoolowy hip-hop. Nie sądzę. Jak się po dekadzie wraca do Ludzi Sztosów, można odnieść wrażenie, że materiał został nadgryziony zębem czasu; frajdy dostarcza jednak niemal tyle samo, co w okresie premiery. Coś jak Teksańska masakra piłą mechaniczną. Ile tu jest bangerów; ile skutecznych pogoni za lepszej jakości punchem! Znaczenie nostalgiczne i kulturotwórcze też pozostaje nie bez znaczenia. Marek Fall
Dziarma – „Wifey MIXTAPE” (2024)
Dziarma na scenie jest już długo, ale we właściwym miejscu znalazła się dopiero po dołączeniu do 2020. Choć trzy lata przed wypuszczeniem Wifey MIXTAPE wydała jeszcze debiutancki album zatytułowany po prostu DZIARMA (2021), to ten drugi materiał, stworzony podczas wyjazdu w góry wspólnie z producentem Miroffem, jest o wiele bardziej interesujący. Dziarma, jedyna dziewczyna w 2020, po raz pierwszy napisała teksty bez pomocy co-writerów i stworzyła najbardziej autorski projekt w swojej karierze so far. Ten materiał to swego rodzaju pamiętnik, który prowadziła latem, spontanicznie pisała o tym, co wtedy przeżywała. Tak powstało dziesięć kawałków o romansach i relacjach. Z perspektywy głównej sceny na Open’erze, łóżka czy zza kierownicy samochodu. Klementyna Szczuka
EMAS – „TUTTO PASSA” (2022)
Wydziarałem se Tutto Passa, na twój pogrzeb jadę w adidasach – jeśli któryś raper zasługuje na status osiedlowego poety, to jest nim właśnie Emas, autor jednego z najbardziej niedocenianych albumów na tej liście. Tutto Passa przedstawia świat z perspektywy dojrzałego 30-latka, który spał w norach i apartamentach – a więc wiele widział i przeżył. Bardziej niż na konkretnych opowieściach Emas skupia się jednak na klimacie poszczególnych utworów, a jego liryki nie cechuje storytelling, tylko łapanie obrazów, wycinanie scen. To sprawia, że mimo dosyć osobistej nawijki, podmiot liryczny się za bardzo nie odsłania; pozostaje w cieniu charakternej, ulicznej stylówy. Tak jakby chciał nam pokazać, jak się czuje, a nie kim jest. Bo Emas nie lubi się odsłaniać; po albumach robi długie przerwy, nie gra zbyt dużo koncertów, nie publikuje też luźnych singli. Od Tutto Passa trwa u niego wydawnicza cisza, po której pewnie znów wróci, nagra nowy projekt i zniknie. JJ Święcicki
Erking & Soulpete – „Mr. Happy” (2020)
Autor Sixpack i Sixpack 2 z przełomu pierwszych dekad lat dwutysięcznych jest jedną z tych postaci, którym nie udało się spuentować ruchów w hip-hopie na miarę potencjału. Może gdyby pociąg z forsą wcześniej wjechał na peron naszej sceny, stałoby się inaczej. A może nie – tego już się nie dowiemy. Erkingowi tak czy siak udało się jednak dowieźć mały klasyk, a to za sprawą Soulpete’a, który najpierw zaprosił go na album producencki Raw, a następnie dopiął w bólach Mr. Happy. Pete niby ma słabość do raperów trawionych weltschmerzem, ale czasem zrobi też taki materiał jak Triste Sol z Tetrisem czy właśnie Mr. Happy – inspirowany w początkowej fazie klimatem NxWorries z Andersonem .Paakiem. Ale to też w gruncie rzeczy nie jest jałowy laid back, tylko zapiski bohatera klasy pracującej z pierwszej fali emigracji na Wyspy Brytyjskie. Marek Fall
Gedz – „Bohema” (2019)
Przy tworzeniu każdego z albumów Gedz próbował wyprzedzać scenę, przewidywać trendy, za wszelką cenę różnić się od reszty sceny. Czasami mu to wychodziło gorzej, co słyszeliśmy na przekombinowanej płycie Anatema, a czasami lepiej – czego dowodem jest Bohema. Wydany w 2019 roku materiał idealnie łączy dojrzałe przemyślenia, niekontrolowane emocje i niezwykłą zdolność do tworzenia hitów. Nigdy wcześniej i już nigdy później Gedzowi nie udało się tak dobrze opakować projektu w bangery. Bali czy Kosmita zwiększały repeat value Bohemy, której opowieść bez zbędnego wydłużania tracklisty zmieścił w dziesięciu przemyślanych i starannie przygotowanych utworach. Jak każdy pionier Gedz jest skazany na komercyjne niepowodzenia, tym razem jednak zagrało wszystko – wyświetlenia, estetyka i poziom muzyczny. JJ Święcicki
Gruby Mielzky – „Do Wesela Się Zagoi” (2021)
Odkąd Mielzky się ładnie przedstawił przed milionami słuchaczy w utworze Rap z Lavoramy Ortegi Cartel, wisiała w powietrzu jego obietnica wielkości. Tyle że przez całe lata nie została spełniona albumem na miarę potencjału tego rapera, na którego z uznaniem patrzy twój ulubiony raper. To zmieniło się w momencie premiery Do Wesela Się Zagoi, gdzie Mielon jest silny, wkurwiony, refleksyjny, przewieziony i wyskillowany jak nigdy – choć zwykle był silny, wkurwiony, refleksyjny, przewieziony i wyskillowany. Płyta z 2021 roku w sposób ewidentny stanowiła dla niego kamień milowy. Reszta jest historią, zawierającą w sobie przełomowe club2020; niewystarczająco docenione I Jest To Możliwe Mixtape ze Sławami i Persem oraz Do Tańca I Do Różańca z samym Persem, a także tegoroczną EP-kę Zaraz Wracam i album To Się Więcej Nie Powtórzy. Marek Fall
Guzior – „EVIL_THINGS” (2018)
Utwory na EVIL_THINGS sprawiają wrażenie nawiniętych na granicy jawy i snu. Pod koniec minionej dekady Guzior, podobnie jak chociażby Żabson, był jednym z tych polskich raperów, którzy osiągnęli najbardziej oryginalne brzmienie. Za produkcję drugiego legalnego albumu ówczesnego członka QueQuality odpowiadali zresztą wyraziści producenci, m.in. D3W, Barto Katt i Odys (wcześniej LOAA). Reprezentant Wrocławia, nieco starszy wiekiem od również debiutujących w tamtym czasie polskich raperów utożsamianych przez środowisko z nową szkołą, także wykorzystywał auto-tune. Za pomocą tego efektu nadawał swojej muzyce jeszcze bardziej psychodeliczny, odjechany i emocjonalny charakter. Jak sam powiedział, ma w zwyczaju cyzelować teksty, dbać o niuanse i skupiać się na detalach. Ale największym wyróżnikiem Guziora od samego początku, od EP-ki ylloM (2015) i debiutanckiego Evil Twin (2017), jest jego vibe – zmęczony i wychillowany. Klementyna Szczuka
Guzior – „PLEŚŃ” (2020)
Choć wielu mogłoby powiedzieć, że lepszym albumem w dyskografii Guziora jest – również wyróżnione przez nas w tym zestawieniu – EVIL_THINGS (2018), to Pleśń po latach jest zdecydowanie chętniej odtwarzana przez słuchaczy. Jeszcze w sierpniu 2025 roku ten longplay zajął dziesiąte miejsce na liście najczęściej słuchanych płyt w streamingu według OLiS-u. A przecież wyszedł w 2020 roku. Skąd ten sukces? Guzior wykształcił oryginalne, psychodeliczne brzmienie, a przez to, że zachowuje dość długie przerwy wydawnicze, ta formuła się nie wyczerpała. Na Pleśni zachował swój styl, ale dostarczył nieco bardziej konwencjonalne kawałki. Poza tym to album, który ukazał się w odpowiednim czasie – w okresie jesienno-zimowym, w środku lockdownu i pandemii koronawirusa. Ten wielogatunkowy materiał jest ścieżką dźwiękową do orbitowania w zamknięciu i – co najważniejsze – po prostu dobrze znosi próbę czasu. Podobnie zresztą jak znajdujące się na nim hity: klubowe BLUEBERRY albo FALA z Oskarem83. Klementyna Szczuka
Hades – „COMBO” (2019)
Ten mocno plastyczny, owiany spalinami z ryczących silników dokument z życia wielkiego miasta, podany na beatach Barto Katta i Killing Skills, jest rapową reinkarnacją Drive; almanachem miniaturowych historii (Nietykalni przypominają, jak dobrze Had umie w storytellingi) nieprzystających do głównego nurtu, przez co z automatu zyskujących dłuższą datę ważności. Czyli nie nowość u Hadesa. Za taką konsekwencję w osobności musiał pojawić się w tej setce. To zawsze będzie człowiek, który w uliczną zwrotkę jest w stanie nagle włożyć taki wers czy porównanie, że potem siedzi się i zastanawia, jak to wymyślił. Trochę pech, że Combo wyszło w napakowanym jak kabanos roku 2019, przegrywając walkę o atencję słuchaczy z szeregiem głośnych premier sezonu – Widmem, Wojtkiem Sokołem czy Muzyką współczesną. Ale i sam Hades nigdy o tę atencję szczególnie nie zabiegał. Jacek Sobczyński
HAŁASTRA – „KOMBINATORYKA” (2023)
Jedyny dotychczasowy album Hałastry dla 2020 to jednocześnie ich najbardziej dopracowany materiał. Duszny, hustlerski trip po Warszawie i okolicach. Osiedlowe kroniki, specyficzna narracja i przepotężne bity. Zanim skupili się na solowych karierach, Kwiatek Haze i Książę Mazowiecki dowieźli jeden z najoryginalniejszych projektów w polskim rapie. Powolutku, po swojemu. Mało jest płyt na podobnym poziomie jakości, co KOMBINATORYKA. Ten album nadal brzmi doskonale, teksty się nie zestarzały, a dobór gości może wzbudzać podziw. Różnorodny stylistycznie i zarazem maksymalnie spójny. Przebojowy i pozbawiony przypału. Esencja osobliwego, niezwykle dopracowanego storytellingu Hałastry. Lech Podhalicz
Hodak/2K – „Moody Tapes” (2021)
Nie dla undergroundu, nie dla komercji – wykrzykuje Hodak w singlu, który promował najmocniejszą pozycję w jego dyskografii: dobrze nawiniętą, napisaną, wyprodukowaną, no i nastrojową. Po Moody Tapes wydawało się, że Hodak stanie się ulubieńcem polskiego mainstreamu, bo idealnie łączył przystępne dźwięki z oryginalnością (patrz funkowe Nieważne z DZIARMĄ); wiedział, gdzie zaprosić Milę Jankowską, a gdzie Palucha; w którym miejscu rzucić kurwą, a w którym zanucić pod spokojną perkę. Hodak sprawił, że przez chwilę polscy słuchacze nie tęsknili za Kubanem, nie narzekali na przerwy wydawnicze Taco Hemingwaya i nie wywierali presji na Macie – bo autor Moody Tapes łączył wszystko, co w ich twórczości najlepsze. Choć, jak sam nawinął: porównania zbędne do sceny polskiej. Tak czy inaczej, te kilkanaście miesięcy, podczas których wydał trzy solowe projekty (Custom, zapach zimy i papierosów, Moody Tapes), na zawsze zapisały się na kartach rodzimego rapu. JJ Święcicki
Hubert. – „wizuale” (2023)
Z pozycji włóczykija palącego jointa w lesie Hubert. wystrzelił wysoko jak Kobayashi. Ale zanim tysiące nawijały z nim słowo w słowo numer o japońskim skoczku, raper ze Szczecina miał wizuale. O sukcesie tego projektu zadecydował zestaw dość egzotycznych inspiracji. Gdy inni gracze imitują raperów ze Stanów i UK, albo, co gorsza, siebie nawzajem, Hubert. rzuca follow-upami do Iggy Popa czy Franka Ocean. Brzmienie wizuali oraz spokojna, melodyjna nawijka połączona z kojącym głosem otworzyły Hubertowi. drogę do ekstraklasy. Nianiu
Jan-rapowanie & Nocny – „Plansze” (2019)
Plansze, czyli sentymentalny album dla wielu obecnych dwudziestokilkulatków. Janek świetnie uchwycił emocje towarzyszące wchodzeniu w dorosłość – poczucie, że wszystko jest przed tobą; powolne dążenie do stabilizacji; odnajdywanie się w relacjach; beztroskę wymieszaną z niepokojem. Słucha się go jak kumpla, który – jak w Układance z Holakiem – pociesza cię po rozstaniu. I z którym idziesz na melanż. Dosłownie, bo choć imprezy na tej płycie są jedynie tłem, to bity oscylują wokół przystępnej elektroniki. Plansze to zarazem drugi projekt krakowskiego rapera z Nocnym (pierwszym jest Nocna zmJana) i drugi wydany w SBM Label. I to ten album Jana-rapowanie, który do tej pory osiągnął największy komercyjny sukces (podwójna platyna). Ukazał się zresztą w bardzo dobrym dla wytwórni czasie. Klementyna Szczuka
Jetlagz – „Szum” (2019)
Po książce Paktofonika. Przewodnik Krytyki Politycznej czy nieszczęsnej fabule Jesteś Bogiem; po dokumencie Skandal. Ewenement Molesty aż chciałoby się, żeby udokumentowano uniwersum JWP ze wszystkimi odnogami i spin-offami – niesłuchanie kulturotwórczy, żywiołowy i barwny movement. W drugiej połowie poprzedniej dekady Jaśnie Wielmożni Panowie rozpoczęli wydawnicze poszukiwania straconego czasu. W samym 2019 roku ukazał się przecież Black Book Ero i Kosiego, wyczekiwany debiut tego pierwszego, no i właśnie sophomore Jetlagzów. Progresywna frakcja JWP/BC obejmująca Kosiego i Łajzola już w 2017 roku zaskoczyła nowoczesnym, poszukującym WSK8OFMND, ale Szum stanowił jeszcze level-up. Nie bez przyczyny to był wtedy nasz polski album roku. Przed Wojtkiem Sokołem, Widmem i Muzyką Współczesną. Marek Fall
JWP/BC – „Sequel” (2015)
Ciekawy paradoks – o ile lirycznie lepsi są wtedy, gdy nagrywają na własny rachunek, o tyle dopiero w kolektywie uwalnia się niepowtarzalna aura, która cechuje ich wydawnictwa zespołowe. JWP to nie skład, to zjawisko. Mentorzy dla młodych, opoka prawdziwości dla starych. Nigdy na dobre nie wyszli z nowojorskich ulic lat 90., których echa wybrzmiewają na Sequelu mocniej, niż na którejkolwiek płycie z mijającego dziesięciolecia, pod którą się podpisali. Ale też nikt tego od nich nie oczekiwał, bo jak sięgasz po JWP/BC, to szukasz świadectwa pasji, zwłaszcza kiedy przychodzi nieuchronne znużenie mainstreamowym rapem. I taki jest Sequel, działający jak ręce Zbyszka Nowaka. Dotykasz i od razu zajawka wraca. Jacek Sobczyński
Kali & Magiera – „Chudy Chłopak” (2019)
Co jest? Czołowy szwoleżer krajowej ulicy w zestawie madlibowskich beatów od Magiery? Chudy chłopak był największym zaskoczeniem 2019 roku. Od okładki, przez zawartość, po dodatki. Kali zrobił tu sobie regularny pamiętnik: czternaście osobnych historii, nowelowy format, niesamowita drobiazgowość i bębny Magiery, bijące w rytm przyspieszonego pulsu. Chudy chłopak nie zmienił niczego – jest po prostu jedną z najlepszych, a może i najlepszą uliczną płytą mijającego dziesięciolecia. Jacek Sobczyński
Kaz Bałagane – „Radio Gruz” (2016)
Łezka się kręci w oku na myśl, że to arcydzieło naszego rapu skończy w przyszłym roku równą dekadę. Rok 2016 uważa się za absolutny peak ludzkości w temacie popkulturowej beztroski, prosperity i radości z życia. Filtr Rio de Janeiro, ostatni album Franka Oceana, ćwierćfinał kadry Nawałki na Euro czy szaleństwo wokół Pokémon GO – wiadomo. Dorzućmy opus magnum Kaza Bałagane, który Radiem Gruz zapoczątkował nową liryczną erę, wniósł unikatowe adliby na salony i zrewolucjonizował podejście do gastronomii. Nigdy nie zapomnę pierwszego odsłuchu Chaczapuri czy Mordziatego, które stały się klasykami w momencie premiery. Z jednej strony penerski rap, z drugiej powidoki OVO Sound. Radio Gruz do kanonu lektur szkolnych obok futurystów; period. Lech Podhalicz
Kaz Bałagane – „Narkopop” (2017)
Dziwny tekst po emce puściłeś do niej, jak w tej piosence – w tytułowym numerze ze swojej najważniejszej (acz nie najlepszej) płyty nawijał w 2017 roku Kaz Bałagane, po czym nucił sobie pod klimpą to narkopop, to narkopop, oh! I choć termin ten wcześniej wprowadził do szerszego obiegu niemiecki weteran muzyki elektronicznej Volfgang Voigt, to mirowski bard zdefiniował przy jego pomocy współczesne oblicze rapu – do spodenek przećpanej muzyki popularnej pierwszych dekad XXI wieku. Wspomniany dziwny tekst jest natomiast dźwignią, za pomocą której Kazek wyłamał w momencie premiery Narkopopu drzwi dzielące go od rapowego głównego nurtu III RP. Nie bawmy się w kolokwializmy – wyłamał je łomem, którym wypierdolił zamki odgradzające ówczesne podziemie od mainu. To właśnie za sprawą swojej zupełnie osobnej, autorskiej bajery – talentu literackiego, który nie dość, że budował klimat, to jeszcze kolejne rozdanie rdzennie polskiego rapu i... nowy wzorzec męskości – Książe Nieporządek stał się jednym z garstki najważniejszych krajowych MC’s lat 2000. Podparł to na bitach, do których zawsze miał ucho. Reszta jest historią. Bo tu jest, była i będzie Polska biało-czerwona, gdzie Zbuntowane wirażki w koszulach chcą się urać / Jestem se na kanikułach / Wpierdalam się podziałać tu coś jak Teodor Duracz / Interesuje mnie z buzi wichura albo osiedlówa / Widzę, jak jej szura klawiatura, na szluga idę, potem się wyjulać. Filip Kalinowski
Kękę – „Trzecie rzeczy” (2016)
Właściwie moglibyśmy dać ten album za sam Smutek – numer, który jest dla rozliczeniowego rapu tym, czym Moskwa-Pietuszki dla literatury alkoholowej. Ale przecież to też chyba najlepsze wydawnictwo w karierze Kękę. Gdzieś znikła złość, zastąpiona przez pokorę wobec rzeczywistości. Jest spokój i trzymanie demonów za lejce. To jedno. A drugie – pisaliśmy już o tym, że nie ma w Polsce wielu raperów z lepszym wpływem na fanów. Całkiem możliwe, że Kękę uratował niejedno życie. Jacek Sobczyński
kidzlori – „krzyki” (2025)
Na scenie, na której młodzi raperzy coraz częściej rezygnują z albumów na rzecz luźnych singli i mixtape’ów, kidzlori nagrał płytę do słuchania od początku do końca; w określonym klimacie, charakterze i z mroczną opowieścią, wydobywającą się prosto z wrocławskiej dzielnicy Krzyki. Urodzony na Sycylii, wychowany w Polsce lori przełamuje mocnym wokalem mroczne podkłady od Gmenia czy przede wszystkim rayoffkeya. A cały klimat krążka podbijają długie intra i odgłosy miasta. Do całej koncepcji idealnie wpisują się też gościnne zwrotki od Młodego Westa, Aleshena i GeezyBeatza. Jeśli twarzą słonecznego Wrocławia jest dziś BSK, to tam gdzie panuje cień, w 2025 roku słychać było kidzloriego. JJ Święcicki
Kobik – „Soulja Life/Małopolski Stan” (2023)
Kobik spokojnie znalazłby się w czołówce plebiscytu na najbardziej niedocenionego rapera w kraju. Soulja Life/Małopolski Stan to skrajnie błyskotliwy, zabawny i na maksa catchy materiał. W kategorii czystej rozrywki płynącej z odsłuchu – Kobik zawsze dostarczał top notch jakość. Największe atuty krakowskiego rapera? Nic wbrew sobie: umiejętność tworzenia chwytliwych refrenów, niespożyte pokłady luzu i zerowa pretensjonalność. Przeciwieństwo tryhardu i pozerki; do tego Kobik otacza się zawodnikami, którzy doskonale uzupełniają ten wajb. To m.in. Ozzy Baby, Młody Dron czy Koldi. Silnie zbudowana tożsamość, nie jakieś trapowe popłuczyny. Lech Podhalicz
Kot Kuler/Urb – „dju i raperze kochajcie się” (2022)
Mnie stworzyła wielka płyta, brutalny beton i najgorsza piłka – wjeżdża tutaj o sobie samym ten raper, którego nawet, jak nie znasz, to znasz go z nieoficjalnego hymnu Polski – Za najlepsze akcje. A wjeżdża na beacie człowieka, który odpowiadał za oprawę muzyczną W Strefie Jarania I W Strefie Rymowania Dinali. Jak również #Hot16Challenge2 Taconafide. I to właściwie mówi wszystko o dju i raperze kochajcie się. Dorosłe dzieci trueschoolu dowiozły materiał, który byłby klasyczną demówką pierwszej dekady lat dwutysięcznych, a jest ukrytym skarbem lat dwutysięcznych. Marek Fall
Kuban – „Myślisz jeszcze?” (2017)
Gruby Mielzky nawinął kiedyś: taki Quebo czy Kuban to strzały raz na bańkę, idealnie oddając wyjątkowość rapera z Opoczna. W 2017 roku na polskiej scenie niewiele było ciekawszych postaci od Kubana; zgrabniejszych w nawijce, tak dobrze wchodzących w bit i w tak błyskotliwy sposób operujących rymami. Myślisz jeszcze? to relacja z wielkomiejskich i małomiasteczkowych blokowisk. Zarapowana przez chłopaka w starej parze Cortezów, a nie ulicznika. Pod świeże jak na tamte czasy bity w klimacie zachodniego wybrzeża, house’u i przejmującego powoli rynek trapu. Na plus zagrała też tematyka poszczególnych utworów, które łączyły treści szczeniackie z bardziej dojrzałymi refleksjami, dzięki czemu dla wielu słuchaczy to był świetny soundtrack do okresu wchodzenia w dorosłość. JJ Święcicki
Kubi Producent – „+18” (2019)
Miał jedenaście lat, gdy zaczynał przygodę z muzyką. Trzynaście – gdy nagrał pierwszy album. Osiemnaście, gdy po premierze Aby Śmierć Miała Znaczenie z Bedoesem mówiła o nim cała scena. I zaledwie dwadzieścia, gdy wydał swoją debiutancką, solową płytę. Kubi to ewenement, człowiek uwielbiany przez fanów i szanowany przez artystów. O skali postaci, z jaką mamy do czynienia, niech świadczy jego solowy debiut, na którym zebrał się skład muzycznych Avengersów. Żabson, Otsochodzi, schafter, Malik Montana, Kaz Bałagane – to tylko kilka ksywek, które znajdziemy na +18. Sam album stanowi pewną esencję hip-hopu końca drugiej dekady XXI wieku, w której trapowe perksuje mieszają się z ambientami i cloudowymi wokalami. Nie każdy z gości sprostał zadaniu, ale Kubi zrobił to, co do niego należało. JJ Święcicki
Kukon – „Ogrody Mixtape” (2019)
Trylogia Ogrody powstała na przecięciu undergroundu i mainstreamu; podziemne było brzmienie oraz teksty, natomiast odbiór – wielkoskalowy. Ale podobny dualizm można odnaleźć w samej formie projektu Ogrody Mixtape. Toporne ninetiesy mieszają się tutaj z melodyjnością i ogromną wrażliwością: z jednej strony klimatyczne sample, surowe bębny i wokale, a z drugiej – mroczne, niemal reporterskie historie Kukona. Nianiu
Kukon – „Rough N' Gentle” (2022)
Gdyby Kukon urodził się w latach 20. XX wieku, jako twórca z pokolenia Kolumbów idealnie wpasowałby się w nurt poezji apokalipsy spełnionej. Rough N’ Gentle ma w sobie dużo dekadenckich emocji; jest to projekt futurystyczny, na którym – co zaskakujące – techno brzmi dekadencko. Tekstowo sięga po tropy samotności, niespełnienia, tęsknoty i ciężaru popularności. Rough N’ Gentle to jeden z najbardziej dopracowanych i ambitnych projektów w dorobku Kukona – chłodny, miejski i emocjonalnie gęsty. Jeśli coś brzmi jak soundtrack do filmu, to znaczy, że narracyjnie i brzmieniowo jest bez pudła. Estera Florek
Laikike1 x Soulpete – „Rzeczy naturalne” (2023)
Po czterdziestce osiągnęliśmy wreszcie technikę i dysponujemy taką samą energią: wreszcie wiemy i jeszcze możemy – pisał kiedyś Eric-Emmanuel Schmitt. Jesteśmy piękni, a możemy być piękniejsi, jesteśmy nieźli, a możemy być najlepsi – rapuje na Rzeczach naturalnych 40-letni Laik. Do wielu rzeczy, za których zapamięta się to dziesięciolecie, trzeba dodać jeszcze pierwsze starzenia się raperów. A u niego wyszło to co najmniej szlachetnie. Laikike1 nie stracił nic z zadziorności, ale używa jej tam, gdzie potrzeba. Rozlicza się z rzeczywistością; nie ucieka ani od publicystyki, ani od głębszej rozkminy. Jest szczery i dojrzały, co czuje Soulpete, serwując mu zestaw beatów w średnich tempach. To po prostu przychodzi z wiekiem, rzecz naturalna. I nie trzeba pytać, po co słuchaczowi 40-letni Laik. Jacek Sobczyński
Leh – „Dziki i Nietoperze” (2018)
Leh jest jednym z największych skarbów trójmiejskiego dziedzictwa kulturowego. W każdej rozmowie, w której pojawia się postać Michała, stawia się mu pomnik. I bardzo dobrze. Obok Belmondziarza i reprezentantów grupy UNDADASEA był w ścisłej topce najciekawszych graczy z Gdyni. Leh zostanie zapamiętany jako szalenie błyskotliwy, posługujący się nieskończonością flow pionier BEZSPINNINGU (tytuł świetnego numeru Undy). Dziki i nietoperze – ostatni projekt dodatkowo prezentuje jego wyjątkową wrażliwość i ogromny talent do storytellingu. Bo przecież takiego Sosnowca słucha się z zaangażowaniem porównywalnym do emocji podczas seansu odcinka topowego serialu. Szukając skojarzeń z innymi graczami, łatwo pomyśleć o twórczości Maca Millera z połowy minionej dekady, natomiast w przypadku Leha nie wypada już chyba szukać porównań. To GOAT z Gdyni powinien stanowić punkt odniesienia dla innych. Rest in peace, młody Leh, wieczny pokój duszy. Nianiu
Łona x Konieczny x Krupa – „Taxi” (2023)
Adam Zieliński, Kacper Krupa i Andrzej Konieczny zapraszają na przygody złotówy w wydaniu rodem z To Pimp a Butterfly. Pod taksówkarskim konceptem Łona serwuje – jak zawsze! – zestaw celnych obserwacji na temat polskiego społeczeństwa, osadzając całość w jazzie duetu Konieczny-Krupa. Bywa wesoło, bywa bardzo smutno; całość jest mocno fabularna, a jej storytellingowe value jest nie do przecenienia. Nianiu
Malik Montana – „Tijara” (2018)
W prostocie siła. Im mniej Malik kombinuje, tym jest lepszy. Tijara pod względem promocji, obsady gości czy singli nie miała takiego polotu jak jego późniejsze projekty, a mimo tego bije je na głowę. Wybitny dobór bitów, chwytliwe linijki (w czasach przedtiktokowych!) i melodyjne refreny wprowadziły na scenę dużą świeżość. Tijara pokazała też, jak duży potencjał mainstreamowy drzemie w Maliku. Gdyby nie gangsterskie teksty i odmieniane przez przypadki ruchanie – kawałki z płyty spokojnie można byłoby grać w rozgłośniach radiowych. Szkoda tylko, że album, który miał być tylko zapowiedzią wielkich ruchów rapera z Wrzeciona, ostatecznie stał się jego peakiem, stawiając poprzeczkę na poziomie, do którego Malik już później nigdy nie doskoczył. JJ Święcicki
Małpa – „Mówi” (2016)
Małpa mówi charakterystycznie, prosto i w punkt. Jakby nie patrzeć – to odnosi się do całej jego dyskografii, ale akurat Mówi był jego najbardziej wyczekiwanym krążkiem; jakby komuś urodziło się dziecko przy premierze Kilku numerów o czymś, to na wysokości Mówi smarkacz szedłby do podstawówki. W co Łukasz jest świetny, to sprowadzenie codziennych drobiazgów do punktu wyjścia dla swoich konceptów; na Mówi pięknie zagrało to choćby w LEGO i Na sygnale. Hołduje twardemu stąpaniu po ziemi, przyznając jednocześnie, że nawet wtedy można się w tej rzeczywistości pogubić. Wyznaje zasadę wątpię, więc jestem i tak już jest sobie z nami od 2009 roku. Nie wszystkim z jego roczników kariery potoczyły się tak, jak powinny, ale u niego, może ze względu na żelazną konsekwencję stylistyczną, zagrało. Jacek Sobczyński
Mata – „100 dni do matury” (2020)
Jakby po latach posłuchać 100 dni do matury, odnosi się wrażenie, że ten materiał… powstał dużo wcześniej niż w 2020 roku. Przez pięć lat polska scena zmieniła się nie do poznania, a jednym z jej najważniejszych rekonstruktorów był właśnie Michał. Dzisiaj Mata gra inaczej, jego starej wersji już nie będzie, ale do debiutu zawsze można wrócić, bo to ważna kartka z kalendarza współczesnego rapu, a poza tym część numerów dobrze się zestarzała. Na przykład Żółte flamastry i grube katechetki wzruszają podobnie jak w 2020 roku, nawet jeśli adresat tego utworu jest ci tak samo odległy, jak był wtedy. Nianiu
Mata – „Młody Matczak” (2021)
100 dni do matury otworzyło Macie drzwi do kariery, a wydany półtora roku później Młody Matczak to sophomore nagrany w jej peaku. Album odzwierciedla kolejny etap w życiu dwudziestolatka – skoro na debiucie Mata kończył liceum, na Młodym Matczaku wyprowadza się z domu, tęskni za przyjaciółmi, którzy wyjechali na studia, sypia z dziewczynami, zakochuje się, przeżywa śmierć dziadka. To moment graniczny – Mata stał się raperem, o którym piszą nie tylko branżowe media, i którego znają rodzice jego słuchaczy. Ale jest też jeszcze – a przynajmniej na takiego się kreuje – zwykłym chłopakiem, nawet jeśli jego utwory grają w radio. Drugi album autora Patointeligencji, w porównaniu do kolejnych, znacznie gorzej przyjętych projektów, jest bezpieczny zarówno muzycznie, jak i koncepcyjnie. Dobór bitów, gościnek i oczywiście follow-upy do lubianego debiutu sprawiają, że to płyta, która spodoba się także przeciętnemu słuchaczowi. Klementyna Szczuka
Miły ATZ – „Roller” (2022)
Hip-hopowy krajobraz wygląda dziś zupełnie inaczej niż kilka lat temu – zwłaszcza, jeśli mówimy o UK. Przed Miłym ATZ stoi więc ogromne wyzwanie; słuchacze mogą już nie przyjąć kolejnego podobnie brzmiącego albumu, ale gdy wychodził Roller, nie było na polskiej scenie niczego ciekawszego. Miłosz wyzbył się gadulstwa, zaprezentował szerokie spektrum emocji i przy pomocy świetnych producentów zaprezentował więcej punktów na brytyjskiej mapie inspiracji. Słyszymy tu klasycznie grime i garage, ale też r’n’b, jungle, dub, dancehall, house i pozostałe skarby, które przypłynęły na Wyspy razem z imigrantami z Afryki oraz Ameryki Środkowej. Niezależnie od akompaniamentu, Miły ATZ to jedyny raper w Polsce, którego jednocześnie opisują technika z najwyższej półki, oczytanie, błyskotliwość i brak tej paskudnej chęci bycia głosem pokolenia. Nianiu
Młody West – „Największy Geek” (2024)
Co jest? Na Największym Geeku grochowski raper dowiózł jeden z najświeższych materiałów obecnej dekady. Poziom aury w nawijce Młodego Westa wykracza poza skalę. Niebywałe stężenie melodyjności, zapadające w pamięci one-linery i ogromne repeat value. Przeczytajcie sobie jeszcze raz ostatnie zdanie i skumajcie, że to w odniesieniu do polskiego rapu. A wszystko zmontowane na przystępnych i zaraźliwych rage’owych bitach. Mówi językiem faktów, robi to, co robi i jest MVP. Status ikony polskiego podziemia zyskał już przy AMG Biznes, ale dopiero Największy Geek stał się pomnikiem trwalszym niż ze spiżu. Lech Podhalicz
Mordor Muzik – „Mordor CD” (2021)
Zanim mainstreamowi, polscy ulicznicy zaczęli rapować pod brytyjsko brzmiące, syntetyczne bity, Mordor Musik już cieszył się w podziemiu kultowym statusem. Zanim Święty Bass przekonał szersze gremia Polaków do brytyjskiej muzyki soundsystemowej, Mordor Musik już cieszył się w podziemiu kultowym statusem. Zanim Miły ATZ wprowadził brytyjskie podziałki do głównego obiegu polskiego rapu, Mordor Musik już cieszył się w podziemiu kultowym statusem. Zanim jednak Mordor Musik wydał po latach swój debiutancki krążek, Atezeciok zdążył już odejść ze swojego macierzystego składu, pozostawiając Gingera i Majkiziooma samym sobie. Co z początku było na pewno dla załogi sporym tąpnięciem, ale finalnie wyszło chłopom na dobre, bo w końcu zwarli szyki i nagrali płytę, która jest wzorcem tego, jak brzmi polski grime. Album nie tak pionierski jak Własne zdanie Wuzeta i nie tak eklektyczny jak longplaye Miłego – CD surowe, uliczne i kreatywne jak wczesne nagrywki ze wschodniego Londynu. Krążek pod wieloma względami bardzo hermetyczny, ale jednocześnie (na porządnych głośnikach) wszechogarniający. Nie dość, że wciągający, to jeszcze pouczający – tak w kwestii historii muzyki basowej, jak i przywiązania do niezależnych wartości. Filip Kalinowski
OIO – „OIO” (2021)
OIO na kodach jak GTA. Ten self-titled debiut nie jest albumem doskonałym. Jest natomiast imponującym blockbusterem supergrupy, której członkowie zawładnęli branżą. Solidnie wyważonym materiałem, w którym Oki potwierdził monumentalne aspiracje. Otsochodzi topową formą zwiastował nadejście peaku w postaci Tarcho Terroru i TTHE GRIND. Z kolei Young Igi zaczął przejawiać objawy wyczerpania formuły, czego w 2025 roku jesteśmy przecież naocznymi świadkami. Wszystko to na nieskazitelnie trapowej stylówie dostarczonej głównie przez atutowego. Zero Opium, zero kakofonicznego rage’u czy jerku, zero tryhard nostalgii za Y2K. OIO ma swag, OIO ma poczwórną platynę i zaklepane miejsce w kanonie rapowego mainstreamu. Lech Podhalicz
Oki – „77747Mixtape” (2020)
Po czasie trudno uwierzyć, że przed premierą 77747 Mixtape w oczach wielu słuchaczy Oki był jedynie gościem od szybkiej nawijki. Dopiero tym krążkiem udowodnił, że jego muzyka to nie tylko techniczne rapowanie, ale też przede wszystkim umiejętność szczerego opowiadania o życiu, unikalne delivery i naturalny stylistyczny przelot – ułatwiający mieszanie nowej i starej szkoły. Od radiówek przez ballady czy nawet drill po ciężki trap w najlepszym wydaniu. Oki przedstawił na 77747 Mixtape całą paletę umiejętności, stawiając ogromny krok w swojej karierze – porównywalny tylko z ERĄ47. JJ Święcicki
Oki – „ERA47” (2024)
ERA47 to album dojrzały, przypieczętowujący charakterystyczny wizerunek i markę, który którą Oki wytworzył sobie w ostatnich latach. Punktem zwrotnym w jego karierze było OIO. Projekt stworzony z Otsochodzi i Young Igim w 2021 roku nie tylko był motorem napędowym w karierze twórcy ERY47, ale także rozwinął go artystycznie. To wtedy również raper zaczął nosić fryzurę, która stała się nieodłącznym elementem wizerunku Młodego Jeżyka. Futurystyczny kierunek, który Oki obrał na Produkcie47 i jego następcy, ERZE47, był strzałem w dziesiątkę. Single o viralowym potencjale (takie jak Sprzedałem się i Jeremy Sochan), melodyjność, odrobina nostalgii, zaprzyjaźnieni raperzy z czołówki polskiej sceny na featach i charakterystyczny brand sprawiły, że ERA47 naturalnie odniosła komercyjny sukces. Klementyna Szczuka
Otsochodzi – „Nowy Kolor” (2017)
Ile było przy premierze jęczenia fullcapowców – Otsochodzi miał być tym gościem z młodej fali, który wypnie się na trapy i nagra COŚ W STARYM, PORZĄDNYM STYLU. A tu młody zrobił im psikusa. Z dzisiejszej perspektywy wyszedł mu twist idealny. Z szacunkiem za klasyki, ale i czujnym trzymaniem ręki na pulsie tego, czym tętniła druga połowa 10’s. Trochę rapu jak ze starych płyt ojca, trochę Flirtini na Barce, a trochę newonce.bar. Ale najważniejsze – przez cały Nowy Kolor przebija emanacja gówniarskiej witalności, której nie podrobisz, jak nie masz 20 lat. Chłop zrobił na płycie regularne, szczere coming-of-age. Wypada docenić. Jacek Sobczyński
Otsochodzi – „Tarcho Terror” (2022)
Podobno z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. A jak wychodzi się na rapowaniu o rodzinnym osiedlu? Nie najgorzej. Po lekkim ochłodzeniu hype’u przy Miłości i 2011, a później wielkim sukcesie OIO, który wywindował liczby na streamingach i podpalił sceny na festiwalach, przyszedł czas na ponowną weryfikację solowego talentu Młodego Jana. Tarcho Terror to spełniona obietnica. Otso nigdy nie brzmiał tak pewnie i dobrze technicznie. Osiedlową bajerkę połączył z dojrzałością i świadomą grą, do tego idealnie wpasował się w czasy, bo druga zwrotka Lutego tuż po premierze dosłownie zalewała TikToka. Dopiero zaczynam, a oni pisali, że coś tam zjebałem. Coś tam zjebał, ale tylko po to, by znany nam teraz Otso mógł rozwinąć skrzydła. Estera Florek
Paluch – „Ostatni Krzyk Osiedla” (2016)
Można krytykować dobór niektórych bitów, przyczepiać się do corny otoczki – ale jedno trzeba Paluchowi przyznać: takiej charyzmy nie ma na scenie nikt. To coś, czego nie da się nauczyć, z tym trzeba się urodzić. To właśnie ona poprowadziła go przez legendarne trzy lata, kiedy wypuścił Ostatni Krzyk Osiedla (2016), Złotą Owcę (2017) i Czerwony Dywan (2018). Każda z tych płyt mogłaby wbić na listę najlepszych w ostatniej dekadzie; każdej można słuchać bez skipów, całościowo i na każdej znalazły się tracki, które dziś nazwalibyśmy małymi klasykami. O.K.O. wyróżniała wyjątkowo uliczna przekmina, agresywny styl i syntetyczne podkłady, które – choć teoretycznie nie tworzyły mainstreamowej mieszanki – pod względem zasięgu wywindowały Palucha do ścisłej czołówki artystów w Polsce. Singiel Szaman to – obok Bez Strachu – do dziś największy hit w jego dyskografii, który na YouTube przebił 130 milionów wyświetleń. JJ Święcicki
Paluch – „Czerwony Dywan” (2018)
Ależ on zjadł końcówkę minionej dekady. Jeszcze OKO i – przede – Szaman nie zeszły z Karty na Czasie, a już Paluch dorzucił do pieca najeżonym bangerami Czerwonym dywanem. Ta płyta jest jak składanka greatest hits, ale tak się złożyło, że nie jest składanką greatest hits. Paluch nadał ulicy melodyjności, doskonale wyczuł równowagę pomiędzy chropowatością a słodyczą, no i to jest ten człowiek, dla którego wersów powstały fanpage z motywacyjnymi cytatami. Nikt nie zliczy, dla ilu blokowych, romantycznych historii soundtrackiem okazał się Peeling, ale chyba dla wielu. I jeszcze jedno – w erze błyskawicznych karier ta historia ziomka z poznańskiego Piątkowa, który musiał wydać stos płyt i niemal do 30-tki robić w sushi barze, żeby dojść do momentu wykręcania najpoważniejszych liczb w branży, jest na swój sposób krzepiąca. Jacek Sobczyński
Peja / Slums Attack – „G.O.A.T.” (2019)
Wystarczyła dekada, żeby z Rycha Pei zmienił się w RIGCZ-a Peję. Zapomnijcie już o tej nieszczęsnej Zielonej Górze, bo ta metamorfoza jest zwyczajnie imponująca. W skali krajowej Peja wszedł trochę w buty KRS-One’a, czyli typa, który ma wiedzę, ma poglądy, za to nie ma oporów, żeby się tym wszystkim dzielić – a przecież wiadomo, jaka przedtem ciągnęła się za nim opinia. Od 2015 roku Rychu wydał ponad dziesięć płyt, a G.O.A.T. jest z nich najlepszy, bo ten koncept hołdu złożonemu przeszłości, jaki składają razem z odpowiedzialnym za beaty Magierą (to też postać, która w ostatniej dekadzie zaliczyła potężny comeback) jest światem, w jakim Peja czuje się najlepiej. I chociaż to dziesięciolecie stało pod znakiem innego rapu, to wpływ Rycha (i to Rycha współczesnego) na scenę jest nie do pominięcia. A mówimy tu o aktywnym wydawniczo typie – nie weteranie, który od dwudziestu lat robi sobie objazdowy benefis the best of 00’s. Jacek Sobczyński
Pezet – „Muzyka współczesna” (2019)
Muzyka współczesna? Raczej muzyka ówczesna, bo Pezetowi dobrze udało się na tej płycie oddać zeitgeist końcowki minionej dekady. Z dzisiejszej perspektywy rok 2019 domyka karnawał beztroskich lat 10.; za chwilę mieliśmy już żyć pandemią i wojną. Ten karnawał czuć na Muzyce współczesnej – kto by wtedy przypuszczał, że za moment czeka nas afterparty. Ale takie na Zoomie. To jednocześnie pokaz siły krajowego rapu (Gorzka woda) i zgrabne wpuszczenie mainstreamu w zakamarki lokalnej alternatywy, czego przykładem collaby z Synami i projektem Lua Preta. W dokumencie Paweł z Ursynowa padają słowa, że Pezet – jak mało który z pierwszoligowych graczy – ma ciągoty do stylistycznego rzucania się na nowy, niepewny grunt, no i tutaj pan Paweł elegancko to potwierdził. Jacek Sobczyński
Pikers – „To Będzie Wspaniała Śmierć” (2021)
Pikers to GOAT podziemia i jeden z ojców nowej fali w Polsce, jednak jego wydawniczy styl utrudnia zadanie przy tworzeniu listy z najlepszymi albumami ostatniej dekady, bo większość legendarnych tracków wypuścił poza projektami; bez większej promocji. Dlatego To Będzie Wspaniała Śmierć umieszczamy tu w formie honorable mention, ponieważ sam krążek całościowo nie trzyma najwyższego poziomu. Ma i momenty słabsze, i wybitne – szczególnie w otwierających tracklistę Zepsutych Owocach i zamykającym Pewnie Że Kochałem. Lirycznie wyłania się z nich smutek i brud, które odrzucają; przyciągają za to dźwięki: minimalistyczne bity i unikalne flow. Płytę kończą depresyjne wersy: Teraz, jak się nie odjebać, szukam rady na Reddicie. Na szczęście Pikers wyszedł z dołka i nagrał później kilkadziesiąt utworów, które umocniły jego pozycję na scenie. Oczywiście poza jej głównym nurtem. JJ Święcicki
PRO8L3M – „PRO8L3M” (2016)
Debiutanckie albumy mają to do siebie, że często uginają się pod ciężarem – oczekiwań fanów i ambicji samych artystów. PRO8L3M zaczyna quasi-rajskim soundscape’em tylko po to, by dać słuchaczom w pysk agresywnym, futurystycznym beatem, który równie dobrze mógłby zamykać widowiskowy film science fiction. I to właściwie ustawia charakter całego albumu – konceptualnego, powstałego jakby w głowie antyherosa: emocjonalnie wypalonego, uzależnionego, łypiącego w górę gdzieś z dna. A nie jest to wydawnictwo z półki podsumowanie kariery czy też album-katharsis. PRO8L3M maluje wizję świata alternatywnego; balansuje między introspekcją a krytyką systemu, między artystyczną niezależnością a mainstreamowym rozmachem. A Oskar83 wchodzi w buty komentatora rzeczywistości – tu rzuci żartem, tam przemyci między wersami subtelne pouczenie, wszystko w swoim niepodrabialnym stylu. Estera Florek
PRO8L3M – „Ground Zero Mixtape” (2018)
Niejeden warszawiak w funkcjonującym na przełomie milleniów klubie Ground Zero przeszedł Rubikon – na własnym przykładzie zrozumiał, że morda nie szklanka, a populane w tamtym czasie hasło (anty)reklamowe Narkotyki. Zażywasz – przegrywasz... mija się niekiedy z prawdą. Niejeden też wyszedł poza swoją strefę komfortu, kiedy przyzwyczajony do lecącego tam rapu i r’n’b, trafił któregoś dnia na imprezę techno i… bardzo mu się spodobało. Biorący swą nazwę od tego przybytku, drugi mixtape Oskara i Steeza wsparł się właśnie na tych trzech filarach – awantury, substancje psychoaktywne i 90s’owa, parkietowa elektronika, którą Steez pociął na sample w tym projekcie. Zresztą Ground Zero Mixtape też okazał się Rubikonem w historii duetu, bo to właśnie ten krążek został wyróżniony Fryderykiem i otworzył przed nimi drogę do szerokiej medialnej ekspozycji oraz halowej popularności. Nigdy wcześniej PRO8L3M nie był tak chwytliwy jak w singlowych Flarach. Nigdy później nie był tak konfrontacyjny i wulgarny jak na wzbudzajacym wtedy nie lada kontrowersje utworze Na audiencji. Dosłownie kilka razy Oskarowi i Piotrkowi udało się też uzyskać tak perfekcyjny balans pomiędzy chwytliwości i głębią jak w Magnoliach. Miałem skrawek sumienia, myślałem, że mam ich, a tylko znałem imienia/Miałem swój stres, swój gniew, chwałę, cierpienia/Wartości się jak olej w aucie wymienia. Filip Kalinowski
Quebonafide – „Egzotyka” (2017)
Najlepiej opakowana (nie licząc ROMANTICPSYCHO…) i jednocześnie najbardziej nierówna płyta w dyskografii Quebonafide. Z jednej strony świetne Quebahombre, z drugiej dramatyczne C’est la vie; klimatyczna Zorza i absolutnie nijaka Arabska noc. Egzotyki nie można jednak traktować jak zwykły album. To bardziej popkulturowe wydarzenie, podczas którego równoważne z piosenkami były teledyski i vlogi z podróży Quebo i Krzy Krzysztofa. Panowie dostarczali regularnie contentu na długo przed wojażami Pateca czy Zoi Skubis; nie dało się obok tego przejść obojętnie. No i nie zapominajmy o Madagaskarze – polskim certified hood classic i jednym z najlepszych koncertowych singli w historii naszej sceny. JJ Święcicki
Quebonafide – „ROMANTICPSYCHO” (2020)
Chodziła kiedyś za Quebonafide opinia świetnego rapera bez świetnej (solowej) płyty w dyskografii. Niektórzy narzekali, że Eklektyka się źle zestarzała, a Ezoteryka i Egzotyka były nierówne. Przekonało ich dopiero ROMANTICPSYCHO, czyli całościowo najlepszy projekt Kuby – z przemyślanym roll-outem i ciekawie dobraną listą gości; bardzo dobrze napisany i wyprodukowany, a na dodatek zróżnicowany stylowo; mieszający rap z popem, oldschool z newschoolem. Na plus zadziałała długa przerwa wydawnicza rapera z Ciechanowa, który przez dwa lata nie dawał znaków życia. A kiedy już wrócił, muzykę teasował powoli, zaczynając od legendarnego już freestyle’u u nas, w newonce.radio, a kończąc nie jedną, a dwiema płytami: pierwszą całkowicie undergroundową i drugą – z utworami, które później leciały w mainstreamowych mediach. Dziś nie trzeba być fanem Quebonafide, żeby uczciwie przyznać, że drugiego tak utalentowanego i przebojowego rapera na polskiej scenie po prostu nie znajdziemy. JJ Święcicki
Rasmentalism – „1985” (2016)
Gdybyśmy robili to zestawienie dwa lata wcześniej, rzutem na taśmę znalazłby się w nim projekt Za młodzi na Heroda. Jeśli jednak ktoś kupuje bajerę o przeznaczeniu, 1985 musiało się tu znaleźć. Być może jest to jeden z najważniejszych projektów dla samych Rasa i Menta. I tak – teksty to przegląd introspekcji, wielkomiejskich scen rodzajowych, wertykalnych napięć wewnętrznych. W porównaniu do wkraczającej dominacji trapów i autotune’ów –1985 brzmi bardziej analogowo; surowo, oldschoolowo, mniej cyfrowo niż rapowy mikroklimat roku 2016. To dobry grunt pod nawijkę o czymś. Estera Florek
Rogal DDL – „Nielegal 215/216/217” (2015-2017)
Wielu raperów mnie tutaj nie trawi i vice versa; pompuję karabin / Dresowy look to pies na baby i magnes na Bravy, i bez obawy / Lewa strona Warszawy, tu mamy swe bazy; już nic nie poradzisz / Skąd ty pobierasz te puste frazy? / Wersy jak głazy, sram w bohomazy – nawijał Rogal DDL w numerze Abrakadabra z domykającego trylogię jego drugoobiegowych wydawnictw albumie Nielegal 217. Rzeczone kilka wersów może posłużyć za manifest sznytu rapera, który u schyłku zeszłej dekady w moment wbił się na podium najciekawszych polskich MC’s, a przymiotnik polski jest tu kluczem. Rogal bowiem do perfekcji opanował nadwiślański styl prostego, siermiężnego wręcz rymowania nie zawsze do bitu, ale zawsze w punkt. Nie strawi go nie tylko wielu raperów, ale też wielu słuchaczy, którzy mogą nie dostrzec jego kreatywności, poetyckości i inteligencji. Jego wersy naprawdę przecież przypominają głazy – muzyczny odpowiednik grafficiarskiego antystylu – werbalny ekwiwalent ignoranckich wrzutów, które tylko z pozoru wyglądają, jakby namalowane ręką dziecka. Na przekór temu, że nie zdał z trzeciej do czwartej klasy (w podstawowej, gdyby ktoś pytał) enfant terrible Ciemnej Strefy dał się poznać jako człowiek oczytany (i to nie tylko w rozszerzonym kanonie lektur jak większość inteligenckich raperów), otrzaskany i obsługujący nieporównywalnie lepiej język polski niż… swoje demony. A to przecież wprost idealny przepis na überrapera, którym autor pomnikowego AnTy stał się właśnie na przestrzeni tych trzech krążków. Płyt twardych jak te chodnikowe, ale podobnie jak one również niezbędnych, by poruszać się po mieście. Dopiero z nimi na słuchawkach można zacząć braillem czytać po gwiazdach, dostrzec makiawelizm kryminalnego półświatka i zrozumieć, kto jest najważniejszym poetą polskich ulic XXI wieku. Filip Kalinowski
Rusina – „ostatnie dni przeklętych dni” (2023)
Po premierze Energii Wygrywania Rusina mógł wygładzić swoje brzmienie, zrezygnować z brudnej liryki, dobrać zasięgowe współprace i wrzucić kilka radiowych singli. Pewnie dziś byłby tam, gdzie teraz jest Asster – w rapowym mainstreamie, przebierając oferty współprac. Zamiast tego nagrał bezkompromisowy album z brzmieniowym wysokim progiem wejścia, który – choć nie trafił do mas – nadal stanowi najmocniejszy punkt w jego dyskografii. W imię zasady nie wszystko jest dla wszystkich Rusina zrezygnował z Young Igi type beats na rzecz tłustych, trapowych podkładów od Listera, Dodo czy Learnhowtohustle, na których bawił się z flow w tak przebojowy sposób, jakby pochodził z Atlanty. Młody West nawinął niedawno: nie chcę ich co-signów, dalej w undergroundzie pierwszy – ten wers idealnie pasuje do Rusiny, który nawet jeśli już nigdy nic nie wyda i nie podbije polskiej sceny, to dla podziemia na zawsze będzie jednym z najbardziej wyjątkowych artystów. JJ Święcicki
schafter – „horse d'oeuvre” (2018)
hors d’oeuvre to jeden z najlepiej starzejących się materiałów na tej liście. Gdyby projekt ukazał się dziś, rzuciłyby się na niego prawdopodobnie wszystkie zajarane Fakeminkiem małolaty. Dlaczego? Ponieważ nic obecnie nie liczy się w rapie tak mocno jak styl i klimat, a schafter od samego początku był w tym ekspertem. Na każdym utworze potrafił skonstruować zestaw najbardziej cool słów i opakować go w zestaw najbardziej nastrojowych sampli. Muzykalność, wiedza kulturowa i performance Wojtka robiły ogromne wrażenie. Trudno nie poczuć przytłaczającej nostalgii, wracając do tego albumu z 2018 roku. Nianiu
Sentino – „Zabójstwo liryczne 2” (2015)
Wychowałem się w Niemczech wśród Kurdów, Turków i groźnych Arabów – rapuje w utworze Państwo w Państwie człowiek, którego – pierwotnie krótka – wizyta w naszym kraju na zawsze zmieniła polski hip-hop. Obecnie łatwo sprowadzić Sentino do mema; gościa obrażającego losowych ludzi na live’ach, nagrywającego w kółko te same letniaki na bitach CrackHouse. Jednak w przeszłości Sebastianowi Alvarezowi bliżej było do pioniera niż internetowego frustrata. Urodził się w polsko-chilijskiej rodzinie w NRD, gdzie dorastał w zróżnicowanym etnicznie środowisku pełnym muzyki z całego świata. Do Polski przyjechał przed trzydziestką, szybko podszlifował język i zaczął nagrywać tracki – z totalnie świeżym podejściem i zachodnią przekminą. Razem z Kazem Bałagane czy Hewrą stworzył złote pokolenie polskiego podziemia, które później odcisnęło piętno na twórczości topowych artystów. W całej dyskografii Sentino najbardziej wyróżniają się pierwsze dwie części Zabójstwa Lirycznego – z wyjątkową melodyjnością, gangsterskim vibem i warszawsko-berlińskim klimatem. Klasyka polskiego rapu. JJ Święcicki
Słoń – „Redrum” (2020)
Ze Słoniem był taki problem, że zbyt długo funkcjonował w masowej wyobraźni jako dziwadło od Love Forever, sieciowy idol gimbaziarni ładującej Demonologię w tramwaju, ze smartfonowego głośniczka. Niesłusznie – jakby przyłożyć ucho, od razu wyczuć w tych krwistych jasełkach potężne skille literackie i wyjątkowy background kulturowy w uniwersum polskiego rapu; Słoń ma po prostu swój autorski charakter pisma. I chyba dopiero na porządnie wybrzmiało to w Redrum. Horrorcore? Lovecraftowskie Szepty, krzyki, które można byłoby zekranizować i nikt by się nie czepiał. Humor? Głupkowaty Złoń; gdyby powstał w latach 90., to co smakowitsze linijki lądowałyby wymazane na ścianach szkolnych kibli. I wreszcie Słoń poważny, czyli ten najlepszy, który w wybitnej Wojnie totalnej przez niespełna dziewięć minut dokonuje jednej z najbrutalniejszych wiwisekcji Polski w polskim rapie. Możliwe, że to ten raper, na którego książkę czekam najmocniej. Jacek Sobczyński
Sobel – „Pułapka na motyle” (2021)
Jeszcze zanim Bajorson i Skolim zbliżyli hip-hop z disco polo, panowało przekonanie, że rap w przyszłości stanie się nowym popem. I że granica pomiędzy tym, co uliczne i tym, co mainstreamowe, będzie się coraz bardziej zacierać. Czy tak się dzieje, czy nie – to temat na inną dyskusję, ale na króla polskiego pop-rapu wyrósł Sobel, który – poza pewnymi incydentami – prowadzi perfekcyjną karierę: od potrójnej platyny za debiutancką EP-kę, przez pierwsze LP Pułapka na motyle sprzedane w ponad 150 tysiącach egzemplarzy, po również ciepło przyjęte W Związku Z Muzyką i Napisz Jak Będziesz. Sobel to radiowa gwiazda wychowana na blokowiskach; ładnie śpiewający chłopiec dorastający w patologii; człowiek kontrastów, które Polacy pokochali. Pułapka na motyle to z kolei krążek łączący różne rapowe style. Z chwytliwymi refrenami i osobistą, miejscami szczeniacką, liryką. Dokładnie taki, jakiego potrzebuje publika. JJ Święcicki
Sokół – „Wojtek Sokół” (2019)
W pokoleniu naszych rodziców czterdziestolatek dysponował twarzą Stefana Karwowskiego i mógł pochwalić się budową Trasy Łazienkowskiej. W naszym pokoleniu miał twarz Sokoła, który siedzi na koniu w teledysku Chcemy być wyżej, co jest jednym z najmocniejszych pokazów mocy w historii naszej sceny. Kilka miesięcy po premierze tego klipu emblematyczny warszawski raper z ponad dwudziestoletnim stażem wydał po raz pierwszy samodzielny album. I faktycznie znalazł się jeszcze wyżej, choć mogłoby się wydawać, że to niemożliwe. Sokół wyprawił sobie tutaj benefis z rozmachem; machnął przebój z Taco i PRO8L3MEM, spiknął się z Hewrą, wywołał ducha Andrzeja Zauchy i poprawił Sprytnym Eskimosem. Wjechał ZIP i wszystko jest dozwolone! Marek Fall
Syny – „Sen” (2018)
O ile nadużywane słowo kultowy już dawno straciło swoją moc, o tyle trudno tej przyrdzewiałej korony nie założyć na łeb Synów. I to nie tylko dlatego, że byli w stanie jednocześnie spolaryzować i zjednoczyć słuchaczy. Przede wszystkim dlatego, że w trakcie swojej twórczej aktywności stworzyli niepodrabialne uniwersum – magicznie i nowatorsko podchodząc do wyeksploatowanego przecież obrazu ulicy. Duet tworzy autorską wizję miksu polskich bloków, niepewności i szarówy. Opowiada o tej garstce poklepujących się po plecach ziutków, którzy jedyną nadzieję widzą w rapie. O tych, którzy są wszędzie – w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. O tych, co nawiedzają obdarte ławki, sklepy 24h, malują graffiti pod mostem i za dużo jarają. 88 i Piernikowski stworzyli brzmieniowo duet na tyle zgrany, że trudno było sobie (do czasu) wyobrazić ich osobno. Się obudzisz, nie będzie mnie – osobliwym głosem rapował Piernikowski. Śnijmy dalej. Syny forever. Estera Florek
Szczyl – „Polska Floryda” (2021)
Kiedy nagrywałem ten album, byłem jeszcze dzieciakiem, choć jak sobie słucham niektórych kawałków, to dziwie się, że miejscami miałem tak dojrzałe przekminki – nikt lepiej nie opisał Polskiej Florydy od samego Szczyla. Płyta ta oddaje charakter niepewnego etapu wchodzenia w dorosłość. To opis uczenia się życia, weekendowego hedonizmu czy ekscytacji połączonej ze strachem przed przyszłością. Polska Floryda jest też hołdem dla Trójmiasta; miejsca, gdzie – przynajmniej według Szczyla – nie znikasz w tłumie, tylko stajesz się częścią tkanki miejskiej; gdzie łatwiej niż w innych częściach Polski znaleźć spokój i inspiracje. Pod kątem brzmienia gdynianin skręcił w kierunku klasyki. Jako jeden z pierwszych raperów z nowego pokolenia postawił na boom-bap i wolniejsze tempo, pod które rzucił kilka wersów zapadających w pamięć, zwiększających repeat value tego projektu. Równolegle z Polską Florydą Szczyl nagrał EP-kę z Magierą. Po wypuszczeniu obu wydawnictw zrobił sobie przerwę od rapowania, która trwa do dziś. Jak jednak zapowiedział podczas tegorocznej edycji festiwalu 3ERA, aktualnie pracuje nad nowymi rzeczami. JJ Święcicki
Szpaku – „Atypowy” (2018)
Realizm magiczny nie jest estetyką zupełnie obcą polskim MC’s, bo przecież podobnych tropów można się doszukać wśród pionierskich dokonań śląskiego psychorapu i we współczesnym, międzystylowym podziemiu. Jednak niewielu jest MC’s, którzy na jego gruncie zbudowali fortecę równie imponującą i trwałą, jaką zbudował Szpaku. Wychowanek Morąga nie dość bowiem, że w swojej wokalnej ekspresji – tak głosie, jak i delivery – niesie emocji więcej niż trzy czwarte lokalnej sceny, to jeszcze hardy osiedlowy wychów potrafi pożenić z wprost dziecięcą wrażliwością rodem z mangi, Disneya i Cartoon Network. Widzę bardzo dużo zła, nie mam siły z tym walczyć / W moim świecie hajs to drug, leczy ludzi jamajczyk / Jakie znaczki, kartony? Jakie prochy, żetony? / Kraina czarów pełna kotów kolorowych – śpiewał Młody Simba w drugim numerze ze swojego debiutanckiego LP, a rzeczony album posłużył mu za jedenaście mocnych, celnych kopów, które wyprowadził w 2018 roku na drzwi dzielące go od rapowego mainu. Pod naporem tych wkurwionych, lecz dowodzących wrażliwości wersów; tych popowo przystępnych, a jednocześnie nieraz zupełnie osobnych (Jezu Chryste, Kubi) bitów, futryna w końcu puściła i polska rapowa ulica stała się pod koniec zeszłej dekady nieporównywalnie mniej stereotypowa; atypowa wręcz. Filip Kalinowski
Szpaku – „BORuto” (2018)
Zanim Szpaku nawiązał współpracę z Kubim Producentem, jego twórczość miała charakter zdecydowanie bardziej podziemny – surowy i bezkompromisowy. Debiutancki projekt na bitach 2k wyraźnie różni się od jego późniejszych płyt; mniej na nim powagi i emocjonalności, a więcej agresji i zadziorności, którą potęgują gościnne zwrotki Young Igiego czy Kaza Bałagane. BORuto to idealne zwieńczenie undergroundowej drogi Szpaka i zapowiedź tego, co przed nim – drogi na szczyt. JJ Święcicki
Taco Hemingway – „Umowa o Dzieło” (2015)
Czasami nagranie bardzo podobnego materiału do poprzedniego jest okej, a w przypadku Umowy o Dzieło nawet bardzo okej! Minialbum Filipa Szcześniaka z 2015 roku to luźniejsze przedłużenie klimatu z Trójkąta Warszawskiego. Projekt odrobinę lepiej zarapowany, odrobinę lepiej wyprodukowany. Następna Stacja oraz 6 Zer otworzyły Taco drogę do mainstreamu i zwróciły na niego uwagę casualowych słuchaczy, często świeżo przekonanych do polskiego hip-hopu. Dlatego Umowa o Dzieło to przełomowy krążek w karierze Filipa, co najlepiej podkreśla linijka o występie na Opku z następnej płyty artysty: Ledwo wszedłem na scenę i widać to otępienie / Po buzi, że „tyle ludzi? Przed chwilą grałem podziemie. Nianiu
Taco Hemingway – „1-800-OŚWIECENIE” (2023)
Uznani, doświadczeni artyści z dorobkiem i grubym pieniądzem w portfelu często stają przed wyzwaniem poszukiwania inspiracji do tekstów swoich utworów. No bo o czym pisać, kiedy teoretycznie wszystko u ciebie okej? Filip odbija się od tego zjawiska. Pokazuje, że nie dość, że nadal ma o czym nawijać, to jeszcze robi to w ciekawej, niekonwencjonalnej formie, która sama w sobie angażuje słuchacza. A, no i okazuje się też, że wcale nie jest tak okej, jak by się mogło wydawać. 1-800-OŚWIECENIE to płyta-koncept; audycja radiowa, w której mówi się o przyziemnych, powszechnych problemach, natomiast osadzenie jej w kontekście albumu muzycznego daje niebanalny efekt. Krążek jest połączeniem brzmień charakterystycznych dla graczy o dekadę młodszych od Filipa z klasyką i rapowym skillem godnym nawijającego weterana. Nianiu
Taconafide – „SOMA 0.5 mg” (2018)
Niewiele płyt w Polsce wzbudziło takie emocje jak Soma 0,5 mg. Album ukazał się w momencie, w którym hype na jej autorów był ogromny. Co ważne, Taco Hemingway, który rok wcześniej wydał Szprycer, zmienił kierunek muzyczny na bardziej popowy, a Quebonafide wysoko zawiesił poprzeczkę po udanej Egzotyce. Jednocześnie polski rap stawał się najpopularniejszym gatunkiem w kraju. W tych okolicznościach wspólnie nagrali rapowy blockbuster, który choć niby zebrał mieszane recenzje, to i tak odniósł olbrzymi sukces. Właściwie wszystko się tu zgadza. Promocja i koncept były przemyślane – album nawiązuje do powieści Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya i jest przepełniony popkulturowymi (niezbyt skomplikowanymi) odniesieniami. Nie zapominajmy, że była jeszcze EP-ka, która zawierała utwory z płyty wzbogacone o zwrotki największych artystów na scenie. Klementyna Szczuka
Tede – „Vanillahajs” (2015)
A pamiętasz, jak… Tede wyszedł z ery infamii? Elliminati i Kurt Rolson były przełomowe, ale to na Vanillahajs upakował najwięcej bangerów. Z perspektywy czasu tej płyty nie może zabraknąć w setce. Hejterzy jęczeli, że Tede zrobił ją pod gimbów, tyle że Vanillahajs nauczył tych gimbów słuchania hip-hopu. Był nie tylko jednym z pierwszych staroszkolnych raperów, którzy otworzyli się na trap – on nagiął go pod siebie i przełożył na autorskie stilo. Natłukł virali jeszcze zanim ktokolwiek wiedział, że są viralami – w sumie Tede może tylko żałować, że Pażałsta wjechała przed erą TikToka, ale nawet bez tego wystarczyło na potrójną platynę dla całej płyty. A, no i jeszcze Abel z epickimi linijkami Michaela Korsa i namechackingiem Jemerced i Macademian Girl. Tak się bawiliśmy w 2015 roku; właśnie tak. Jacek Sobczyński
Tonfa – „KLĄTWA LP” (2021)
TONFA ma zawsze trzy końce… Powtarzane przez grupę jak mantra zdanie brzmi dobrze, ale chyba nikt do końca nie wie, co właściwie oznacza. Tonfiarze wzięli na swoje barki spuściznę rozbudowanych narracyjnie NIWEI i Synów, ale sami odbili w boczną uliczkę. Ich rozbudowane beaty, bełkoczące flow i post-ironiczne teksty ukształtowały nową antyjakość polskiego podziemia. KLĄTWA to pierwszy album duetu i – jak sami przyznali w jednym z wywiadów – nasrali tu ile mogli, żeby pochwalić się swoim pękatym notesem odniesień. To nie jest najlepsza płyta TONFY. To płyta, na której w pełni widać potencjał i rozmach, z jakim o muzyce myślą Kierat i Karuzelkaaa. Płyta, na której słychać, ile mieli do zaproponowania i jak głowa pękała im od pomysłów. To, jak ważni są dla sceny, potwierdza zamieszanie, które udało im się wokół siebie stworzyć. I nie jest ono sezonowe. W tym roku Karuzelkaaa wydał dobrze przyjęty solowy album i kiedy już wydawało się, że zmęczenie materiałem oddala ich od wspólnych dalszych kroków, ogłosili prace nad nowym projektem. Estera Florek
Tuzza – „Fino Alla Fine” (2018)
Zanim Sam Youkilis rozkochał świat w opalonych neapolitańczykach i zmrożonym negroni, z powodzeniem czyniła to Tuzza. Benito i Ricci płynęli na fali psychodelicznego rapu spod szyldu Hewry, dorzucając do tego italianizmy, pochwałę toskańskiego słońca i pełne emocjonalności refreny. Cloudrapowe opus magnum Benito i Ricciego brzmi jak wyrwane z kompletnie innej epoki. Dziwaczne melodie, oryginalne wykorzystanie tune’a i unikatowa liryka. Wyprzedzili czasy, jakby jeździli Deloreanem. Przyszłość jednak bezlitośnie zweryfikowała, bo debiutancki Fino Alla Fine pozostał najlepszym materiałem w dorobku Tuzzy. Nic jednak w przyrodzie nie ginie, bo chłopaki z powodzeniem przekuli muzyczny sukces na gastro: autorską wizję Neapolu w Warszawie, gdzie ich Casa nadal okupuje ścisłą pizzeryjną topkę. Lech Podhalicz
Tymek – „Piacevole” (2020)
W historii polskiej muzyki rozrywkowej niewiele jest dróg równie osobnych jak ta, którą od 2020 roku kroczy Tymek. Nieliczni twórcy życzyliby sobie, żeby przestać mówić do nich Rainman. Niewielu zdobyłoby się na to, żeby strzepnąć ze swoich ramion Anioły i demony. Dosłownie kilku odważyłoby się na to, by zacząć śpiewać w swoim własnym języku, kiedy pół Polski nagle nauczyło się Języka ciała. I choć w jego dyskografii nieporównywalnie ciekawsze wydaje się Odrodzenie oraz anglojęzyczne płyty z Lutto Lento, to właśnie Piacevole stanowi punkt zwrotny. Na wyprodukowanym w całości przez favsta krążku nie dość bowiem, że udało mu się złapać świetny balans pomiędzy chwytliwością a odrębnością (i przeszłością a teraźniejszością), to jeszcze nastąpiło wypracowanie stylu rdzennie lokalnego, a jednocześnie brzmiącego na wskroś uniwersalnie. Proces uwalniania się od przynoszących ogromne apanaże – równie spontanicznych jak siermiężnych – wczesnych hitów rzadko bywa tak mało radykalny i po prostu przyjemny, jakim jest tu. Więc bawmy się życiem, jakby świat miałby się skończyć jutro. Filip Kalinowski
UNDADASEA – „DA GROOVEMENT” (2020)
Undadasea była odpowiedzią na konkretny, przygnębiający w polskim rapie deficyt funku, soulu oraz koloru. DA GROOVEMENT stanowi dodatkowo idealny akompaniament do jeżdżenia na desce i walenia browarów w nadmorskich promieniach słonecznych. Undziarze nawijali głównie o głupotach i pierdołach, ale nikogo to nie wkurwiało w momencie, gdy towarzyszył im przy tym ogromny dystans do siebie. Tego się po prostu zajebiście słucha. To zasługa niesamowitej chemii między uczestnikami projektu, ale też produkcji, z którą wiąże się śmiała, prywatna opinia: zestaw bitów na DA GROOVEMENT jest jednym z najlepszych w historii polskiego rapu. Moment największej popularności zespołu był jednocześnie jednym z najciekawszych momentów dla polskiego rapowego regionalizmu. Tak, dopiero w tym miejscu wspominam o Gdyni. To dlatego, że jako osoba wychowana w tym mieście chciałbym małą prywatę: kocham Gdynię i kocham tę płytę, a koniec działalności Undy wiąże się z moją nieprzepracowaną do dziś żałobą. Natomiast z tym, co dzieje się pod szyldem Undy w 2025 roku, nie mam żadnego związku emocjonalnego. Nianiu
Vkie – „DŻUNGLA” (2021)
To dosyć wymowne, że jeden z najważniejszych projektów w historii polskiego podziemia powstał ze składanki – nagrywanych podczas wielodniowego melanżu – tracków, w atmosferze chaosu i oparach opioidowych mieszanek. Karierę Vkiego, ale też losy rapowego undergroundu, śmiało można podzielić na erę przed Dżunglą i po Dżungli – bo to właśnie ona narzuciła nowe muzyczne trendy i wypromowała rapera, którego dziś można nazwać pionierem. Zabawa słowem, delivery, świeże flow – tym wszystkim Łukasz wybił się ponad rówieśników. Miał też talent do dobierania sobie współpracowników, bo Dżungli nie byłoby bez świetnych producentów – Mustanga, learnhowtohustle czy Lil Santiago, którego bity łączące brzmienia ze Śląska i USA zapoczątkowały detroitową falę na naszej scenie. Zrobię wielkie rzeczy, jeśli jutro nie umrę – przepowiednia z utworu SMI się sprawdziła: Vkie wyszedł ze śląskiego getta i zmienił polski hip-hop. JJ Święcicki
Włodi x 1988 – „W88” (2020)
Doskonały case idealnie fitującego do siebie duetu raper-producent. Mroczne i duszne bity 1988 nadają deadpan nawijce Włodiego jeszcze głębszego wymiaru. Proste i precyzyjne linijki położone na melancholijnych, ale bujających produkcjach, nigdy nie brzmiały tak przejmująco. Industrialny boom bap. Przejarany i świadomy. Włodi w strumieniu świadomości, krytyce rzeczywistości. Stuprocentowo oddany hip-hopowej filozofii. W stylu, w którym rap wraca do żywych. Z kolei 1988 – jeszcze przed transformacją w 2k88 – zawieszony gdzieś pomiędzy polskim soundem a brytyjskimi akcentami. Brudne, zapętlone, pozornie oldskulowe brzmienie. Z poszanowaniem tradycji i spoglądaniem daleko poza horyzont. W/88 to definicja sukcesu w domowych warunkach. Lech Podhalicz
Young Igi – „Trappist” (2017)
Young Igi swój debiutancki mixtape Trappist wydał w szczególnym okresie. Rok 2017 był czasem, w którym trap wszedł do mainstreamu nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale także zaczął przejmować główny nurt w innych krajach. W tamtym momencie w Polsce na scenę wchodziło kolejne pokolenie raperów, a podział na podział na starą i nową szkołę był wyraźny. Young Igi był właśnie jednym z artystów, którzy to bardziej melodyjne, podszyte hi-hatami brzmienie przenosili na nasze podwórko. Robił mniej więcej to, co amerykańscy raperzy z Atlanty w stylu Young Thuga – bawił się głosem, który traktował jak instrument, wykorzystywał auto-tune, a bardziej niż na tekst i treść, stawiał na melodię. Nawet jeśli Trappist nie brzmi dziś tak świeżo jak wtedy, to hedonistyczne numery – jak Inimaniminimanimo czy Mówiłaś – przetarły szlaki kolejnym młodym raperom. Klementyna Szczuka
Yung Adisz – „Kopenhaga” (2023)
Po czasie inaczej patrzy się Kopenhagę – płytę, która przenosi nas nie tylko do brudnej rzeczywistości stolicy Danii, ale też autodestrukcyjnego życia narratora jej opowieści. Kopenhaga to relacja gorzkich doświadczeń z emigracji, narkotykowego ciągu i próby odnalezienia swojego miejsca na Ziemi. Nie byłem tam szczęśliwy – przyznał Adisz w wywiadzie z newonce. A ten ból i zagubienie przekuł w siedemnaście utworów, składających się na konceptualny materiał, gdzie każde niedociągnięcie nadrabia charyzmą i stylówą. Kopenhaga odpycha jednak stale przewijającym się tematem używek, które ostatecznie – już po premierze tego krążka – doprowadziły Adisza do niepowodzeń na płaszczyznach prywatnej i artystycznej. Czy doczekamy się jego powrotu na scenę? Adrian co jakiś czas zapowiada comeback, jednak od Kopenhagi nadal nie wydał żadnego dłuższego projektu. JJ Święcicki
Zdechły Osa – „Sprzedałem dupe” (2021)
Trochę się wszyscy zakochaliśmy w Osie na wysokości debiutu – my za przecinkę muzykalności z autentyczną chuliganerką, starsi dziennikarze za to, że w końcu jakiś raper, który nie rapuje. Po latach widać, że jego stilo miało krótką datę ważności, a kontrolowana nonszalacja okazała się nużąca – Osa i jego szponty stały się nieznośnie przewidywalne. Ale trzeba mu oddać, że takiego debiutu przedtem w rapie nie było. Chłopisko wymieszało penerską elektronikę z gitarowym jazgotem a’la Jarocin’83, follow-upowało Dezertera, przyatakowało podwórkową, zepsutą liryką, jakiej nie znajdziesz w jego pokoleniu, a jakby tego było mało – w całym tym pierdolniku znalazł się jeszcze numer, na którym zrobił Diament. I to jest jakby najlepsza puenta tej historii. Jacek Sobczyński
ZETENWUPE – „Bejbo” (2016)
Po Kandydatach na szaleńców Ten Typ Mes cieszył się na scenie statusem półboga, a przecież dopiero miała nadejść era Trzeba było zostać dresiarzem, związana ściśle z odkryciem jego potencjału artystycznego i literackiego przez salon. Pomiędzy tymi albumami Piotr Szmidt – wraz z ówczesnymi kolegami z Alkopoligamii – udowodnił jeszcze, że ma nosa nie tylko do swojego rapu. Kto pamięta, jak w teledysku na przystanku autobusowym przedstawiał młody zaciąg swojej wytwórni w osobach Kuby Knapa, ZETENWUPE i LJ Karwela? Bez nerwów, bez złudzeń czy Lecę, chwila, spadam nie załapały się tu, bo to odpowiednio 2013 i 2014 rok, ale wypada przypomnieć hidden treasure w postaci Bejbo od power duetu Mada & Hade, napędzanego natchnionymi beatami Wrotasa, który miał wówczas produkcyjne wejrzenie w lepsze światy przyszłości. Bo teraz lata po cmentarzu jako samozwańczy członek polskiego oddziału Opium, nie? Marek Fall
Ziomcy – „Skarb Państwa” (2025)
Tworząc podsumowanie najlepszych płyt dekady, łatwo pominąć młodsze składy, które nie zdążyły jeszcze na dobre zapisać się w świadomości słuchaczy. Nie w przypadku Ziomców – choćby ze względu na ich osobliwy styl i mglistą nawijkę. Zresztą – Skarb Państwa znalazł się w naszym zestawieniu najlepszych płyt tegorocznego półrocza i podtrzymujemy, że to konkret. Choć sporo tu przypadków – sama nazwa to przecież wymyślony dla beki tytuł jednego z tracków. Materiał powstawał na przestrzeni prawie dwóch lat, a w tym czasie muzyczne zajawki członków grupy zmieniały się jak w kalejdoskopie. Nieprzypadkowe jest jednak to, że Ziomcy zrobili tę płytę po swojemu. I o ile to ich nie wyróżnia, bo wielu artystów działa w ten sposób, ich muzyka pozostaje bliżej człowieka niż liczb na streamingu. Dużo w niej weltschmerzu, gorzkich codziennych przekmin, dużo zamglonych beatów. Gdzieś pośród trapu, cloud rapu, lo-fi i brytyjskich alt-rapów wyłania się styl nie do podrobienia. Estera Florek
Żabson – „To Ziomal” (2018)
Żabson od początku wyprzedzał muzycznie innych polskich raperów. To Ziomal, debiutancki album, który ugruntował jego pozycję na scenie, jest przewózką po eksperymentalnych bitach. Łączy w sobie zarówno trap, który towarzyszy raperowi od debiutu, jak i 8bit czy polskie dyskoteki z okolic Opoczna, których Mateusz – wtedy jako boom-bapowiec – nie znosił, ale którymi nasiąknął. Mimo że Żabson nagrał materiał dość osobny, nie stracił mainstreamowego potencjału. Zresztą A$AP Rocky, DMT, Księżniczki to single, które nadal brzmią dobrze. Mimo że sam nie robił bitów, stworzył album w pełni według swojego pomysłu. Żabson to ziomal; chłopak z małego miasta, outsider, innowator. Klementyna Szczuka
Żabson – „Hollywood Smile” (2025)
Za mało mówi się o tym, że Żabson jest przede wszystkim pojebanym hip-hopowym geekiem. To szczególnie istotne w kontekście HOLLYWOOD SMILE. Najnowszy projekt Mateusza to absolutna celebracja gatunku. Żaba świętuje na ziemi, na której powstała najważniejsza dla niego kultura. Nie dajcie się zmylić tytułowym Hollywood – to bardzo przekrojowy materiał. Bo przecież takie DRIP CHEAP GANG brzmi jak piękny hołd oddany legendom z Virginii. Okładka z kolei wygląda jak żywcem wyjęta z katalogu Three 6 Mafii. 2025 to peak formy Żabsona: ogromny zestaw flow, szerokie spektrum głosów, poczucie humoru i niepodrabialny styl. Wszystko się zgadza. To nie jest perfekcyjny album, ale dostarcza mnóstwo przyjemności. Nianiu
Żyto/Noon – „Morza Południowe” (2021)
Żyto jest modelowym wprost przykładem pioniera – człowieka, który za swoje nowatorskie rozwiązania był z początku głównie krytykowany, by po latach… wciąż nie przypisywano należnych mu zasług. Kiedy wąski krąg wtajemniczonych fascynował się jego debiutanckim krążkiem i Wirami (a także szeregiem nigdy niewydanych płyt), słuchacze raczej wypominali mu częste powtórzenia, niedokładne rymy i dziwne słowne manieryzmy – powtarzane na forach rymowanie kurwa do kurwa. Zabiegi, które dziś są na porządku dziennym i zdają się być wręcz wpisane w DNA nowej fali. Mikołaj Bugajak od początku należał do tego ścisłego kręgu. Zmasterował płytę Żyto i nakręcił towarzyszący jej teledysk do Jest mi trudno. Po latach przyszedł wreszcie czas na ich wspólny album. I choć Michał Żytniak zawsze wolał bity prostsze, to właśnie zderzenie obranych przez nich estetyk sprawia, że Morza Południowe są tak wciągające, czy wręcz zachwycające. Wszystkie właściwie cechy charakterystyczne polskiego rapu – żeby wymienić tylko podwórkowy patos i osiedlową nostalgię – są tu za sprawą filmowych kompozycji NOONA wyniesione do potęgi entej, a Żyto nawija przy ich wtórze teksty, które już zdążyły się zapisać w annałach krajowej poezji miejskiej. Teksty równie proste jak pokoleniowe, poetyckie i przyziemne. Filip Kalinowski