Wychował się na tym samym osiedlu co Paluch. Polska scena poznała go dzięki współpracy z Matą, jednak on od początku idzie własną ścieżką. W czasach hedonistycznej papki WoLa stawia na bezpośredni, osobisty przekaz. Pełny brudu, chaosu i cierpienia, od którego trudno uciec. Nawet w tym wywiadzie, który znajdziecie też w piątym numerze naszej gazety.
WoLa to poznański raper, który karierę zaczął na TikToku, wrzucając osobiste utwory nawijane na żywo. W 2022 roku pojawiał się gościnnie na koncertach Maty. Jego utwór trafił też na „CBW Mixtape” od GOMBAO 33. Aktualnie – pod skrzydłami wytwórni Młodego Matczaka – WoLa publikuje nowe single, przygotowując się do debiutanckiego, „legalnego” projektu.
Zacznijmy od Poznania…
Muszę powiedzieć, że oryginalnie nie jestem stąd. Moja rodzina pochodzi ze Słupska, potem mieszkaliśmy w Gdańsku i dopiero wtedy, gdy miałem pięć lat, a mój tata napisał doktorat, przeprowadziliśmy się do Poznania, gdzie dostał pracę. Przez chwilę mieszkaliśmy jeszcze we Francji, ale ogólnie można powiedzieć, że od piątego roku życia jestem Poznaniakiem.
Jakie masz wspomnienia z dorastania w tym mieście?
Mieszane. Bo jak wspominam Piątkowo, kocham to miejsce. Czasami, gdy nie mogę spać, myślami wracam do tych lat młodości. Miałem swoją paczkę ziomali, z którymi do dzisiaj się trzymam i było zajebiście. Aż do momentu, kiedy wszystko zaczęło się jebać…
Co się stało?
Wyjechaliśmy do Francji w poszukiwaniu lepszego życia, jednak nie wyszło nam to na dobre, więc szybko wróciliśmy do Polski. Moi rodzice wzięli kredyt na mieszkanie, ale nie mieli środków na remont, więc przez rok mieszkaliśmy w surowym lokum. Spaliśmy na kocach, kolację wigilijną zorganizowaliśmy na stoliku ogrodowym. Potem na chwilę wyprowadziliśmy się pod Poznań, ale kiedy robiło się już lepiej, nagle zostawił nas ojciec. I znów wylądowaliśmy na Piątkowie.
Moja mama nie umiała sobie poradzić ze zdradą – zarówno finansowo, jak i mentalnie – a ja z tym, że zostaliśmy sami. Nasza sytuacja się pogarszała. Z czasem do tego doszły moje problemy, stany depresyjne, ale też muzyka, dzięki której teraz rozmawiamy.
Szybko ci się to dzieciństwo skończyło.
Szybko. Nasza sytuacja rodzinna sprawiła, że mentalnie musiałem wejść w dorosłość, mimo że wcale nie czułem się dorosły.
W utworach często mówisz o mamie. To dla ciebie najważniejsza osoba?
Tak. Zawsze robiła wszystko, żeby niczego mi nie brakowało, mimo że los nigdy nie był dla niej łaskawy. Dorastała w adopcji, później nie mogła liczyć na spokój w życiu z moim tatą. W pewnym momencie musiała pożyczać pieniądze na podstawowe rzeczy. Ale teraz jest już dobrze. Ma przyzwoitą pracę, ułożyła sobie życie i idzie do przodu.
Słucha twojego rapu?
Aż za dużo. Czasami do niej przychodzę i widzę, że na dwóch telefonach i laptopie lecą moje numery. Mówię jej wtedy: „Mamo, ty wiesz, że wyświetlenia tak nie działają? Nie musisz udawać, że słuchasz mojej muzyki”! Ona odpowiada, że dobrze, ale na drugi dzień robi to samo. Kochane to.
Mama jest bohaterką, a ojciec?
Nie mamy kontaktu od dwóch i pół roku. Zablokował mnie wszędzie. Nie mogę powiedzieć, że był złym tatą. Pochodzę z kochającej rodziny, która jednak niestety została rozbita, gdy wchodziłem w czternasty rok życia.

A co z tym rapem?
Nie wiem, skąd się wziął. Po prostu wyrzucałem z siebie emocje. To nie jest tak, że zacząłem nagrywać, bo chciałem zostać raperem. Nagrywałem, bo byłem wkurwiony. Pisałem wersy, żeby nie zwariować.
Miałeś swoją rapową ekipę?
Na początku nie miałem obok siebie nikogo, kto rapuje albo robi bity. Nie wiedziałem dokładnie, co robię. Numery zapisywałem w Audacity, bo nie znałem innego programu. Potem poznałem ziomali z Dębca oraz Loriego z Piątkowa, u których nagrywałem. Pierwszy komputer kupiłem dosyć późno, dopiero kiedy miałem szesnaście lat.
Czego wtedy słuchałeś?
Wychowałem się na BOR. Pochodzę z tego samego osiedla co Paluch. Na Piątkowie wszyscy go słuchali. Potem do tego doszedł jeszcze Chada i inni uliczni raperzy. Zawsze czułem się bardziej zakorzeniony w ulicznym rapie – przez środowisko, sytuację materialną oraz rzeczy, które robiłem. Dopiero później, jak na poważnie wchodziłem w muzykę, zacząłem słuchać świeższych rzeczy, poszedłem w stronę rapu z Ameryki czy UK drillu. Ale wszystko zaczęło się od Palucha.
No i teraz masz z nim numer.
Spełniłem marzenie z dzieciństwa. Spotkaliśmy się na koncercie Maty. Pamiętam, że kiedy do niego podbiłem, powiedziałem: „panie Paluch” – tak, „panie”! I że też jestem z Piątkowa, że się wychowałem na jego muzyce. Już trochę później zrobiłem utwór, który mu się spodobał, więc się dograł. Nie patrzę na to jak na jakiś marketingowy sukces. Ten numer nie powstał dla liczb, tylko dla tego małego gówniarza, który jechał do szkoły, słuchając Palucha.
Mówisz, że długo pisałeś dla siebie. Kiedy to się zmieniło?
W pewnym momencie stwierdziłem, że nie ma sensu tylko publikować tracków na streamingach, że warto coś wrzucić na TikToka. Tam spotkałem się z pozytywnym odbiorem. Nawet trueschoolowe głowy pisały, że siada.
Odezwał się też do mnie Pedro. Pamiętam, że byłem wtedy u mojego przyjaciela Krystiana i prawie się popłakaliśmy ze szczęścia. Skakaliśmy po chacie jak dzieci. Miałem szesnaście lat i fakt, że ktoś doświadczony z branży mnie zauważył, pozwolił mi złapać wiatr w żagle. Potem poznałem Francisa, zrobiliśmy parę numerów, w tym „Moët”, który poniósł się szerzej i dotarł do Maty. Pamiętam, że nagle zadzwonił do mnie Pedro, mówiąc, że „Matczak się zajarał” i chętnie spotkałby się w studiu. Tak też zrobiliśmy. Nagraliśmy numer, który nigdy nie wyszedł, a potem powstał „Biernik”, który znalazł się na projekcie DJ Decksa. To był moment przełomowy, wtedy wszystko przyspieszyło.
Niedługo później powstały też takie single jak „Studentki Medycyny” czy „No Romantic”.
Tak szczerze – nie jestem z nich dumny. W tamtym okresie dużo siedziałem w studiu z ludźmi, którzy robią zupełnie inną muzykę niż ja. Wiele mnie nauczyli, ale przy tym pogubiłem się artystycznie. Nie czułem się sobą. Dopiero niedawno wróciłem do tego, w czym czuję się najlepiej, czyli do cięższych, emocjonalnych numerów. Właśnie taki będzie projekt, nad którym aktualnie pracuję. Nie pod zasięgi, nie pod viral, tylko dla siebie i ludzi, którzy się ze mną utożsamiają.
To brzmi trywialnie, ale chyba trafnie: rap to twoja terapia?
Gdy długo nie piszę, łapie mnie depresja. Nie czuję się sobą. Ten bunt ciągle we mnie siedzi. Nie robię tego, żeby wzbudzać litość – po prostu to ze mnie wychodzi. Wiesz, miałem moment, że myślałem: może odpuścić taki przekaz? Bo nie chcę być wiecznym smutasem. Ale stwierdziłem, że skoro sprawia mi to ulgę i nie jest na siłę, będę w to szedł. I już.
Czego spodziewać się po nadchodzącej płycie?
Nie chcę ani rzucać terminami, ani zdradzać jakichś szczegółów. To będzie projekt, w którym zostawię kawał siebie. Bez kombinowania, bez podpinania się pod trendy. Po prostu moje emocje w jednym miejscu. I mam nadzieję, że ludziom się spodoba. Bo wiesz, ja długo się bałem wypuścić większy projekt. Myślałem: a jak nie pójdzie? Teraz już tak nie myślę, dlatego czekajcie na to.
