Trzy dekady to w muzyce wieczność. A jednak, wracając po takim czasie do debiutanckiego albumu Shawna Cartera, nie czuć w tym stęchlizny. Elegancja, pewność siebie i ewidentny skill z „Reasonable Doubt” nie zestarzały się ani o jeden dzień. I choć o Hovie można mieć obecnie różne zdanie – w 1996 roku wszedł na scenę krokiem zdecydowanym i pełnym gracji.
Ten debiut rozpoczął nie tylko galaktyczną karierę rapera, ale także labelu Roc-A-Fella Records, założonego przez Jaya-Z, Damona Dame Dasha i Kareema Biggsa Burke’a za siano z ulicznej hustlerki. Reasonable Doubt to nie świadectwo talentu rodzącego się w bólach, tylko gotowe dzieło o znaczeniu niesłabnącym do dziś.
Shawn lubił się popisywać. Popisywał się rapem, popisywał się hajsem. W wieku 26 lat był księciem, jeśli nie królem życia. Przynajmniej takiego życia, na jakie pozwalały uliczne biznesy osiedla Marcy na Brooklynie. Uwielbiał też bitwy na rymy. Jedną z nich stoczył zresztą z DMX-em na stole bilardowym w jednym z lokali. Muzyka miała być tylko dodatkiem, odskocznią. A może bardziej próbą zracjonalizowania i przepracowania dilerskiej codzienności?
„Reasonable Doubt” zostało zaplanowane jako jeden strzał; pomnik postawiony hustlerowi przez duże H. Przy pracy nad albumem Carter rozdawał wielkie torby z banknotami. Nie chciał wyjść na skąpca przed kręgiem znajomych, których zaprosił. A zaprosił fenomenalny skład: od Biggiego przez Mary J. Blige po rewelacyjną Foxy Brown i Memphis Bleeka. Beatmakerzy – wśród nich np. DJ Premier i Clark Kent – dostarczyli luksusowe, nowojorskie podkłady. Hova wziął sobie do serca lekcję Puffa i Biggiego. Stwierdził, że nic tak nie głosi przepychu, jak soulfulowe sample (podobną szkołę kontynuuje Rick Ross) i ciepłe brzmienie r’n’b.
Beaty na „Reasonable Doubt” są pełne serca, bogate w aranż i groove. Ale także w melancholię, która jest drugą stroną hustlerskiej monety. „Dead Presidents 2” - całkiem słusznie uważane za jeden z najlepszych utworów historii rapu – jest zbudowane na smutnym samplu z Lonniego Listona Smitha, pod który Ski wrzucił boombapowe bębny i okrasił wokalami Nasa w refrenie. „Regrets” - choć muzycznie jaśniejsze - podnosi ważny temat konsekwencji czynów. Debiut Jaya jest rozrywkowy i refleksyjny zarazem. To idealny soundtrack, odzwierciedlający dualizm ulicznego życia; życia, które może opływać w luksusy, ale ma swoją cenę.
Głębia refleksji to jedno, ale na „Reasonable Doubt” obcujemy również z rozrywkową stroną żywotu hustlera. Pierwszy przebój w karierze Hovy – „Ain't No Nigga” to doskonały przykład na lżejsze, bujające i swawolne brzmienie, które zaprowadzi rapera z Marcy na szczyt. Hymn ulicznych biznesmenów – „Brooklyn's Finest” – został nagrany z samym królem Nowego Jorku, Notoriousem B.I.G. Walka o schedę po charyzmatycznym artyście mocno zresztą naznaczy późniejsze losy Jaya i zachwieje relacją z Nasem, który przecież też jest obecny na „Reasonable Doubt”. Nawet jeśli tylko w formie sampla. Nietrudno zauważyć wpływ Biggiego na Hovę – szczególnie w obfitych inspiracjach R’n’B, doborze beatów, swobodzie nawijki i charyzmie. Zabójstwo króla Nowego Jorku przekreśliło szansę na potencjalny wspólny album obu raperów. Wielka szkoda, bo chemia między nimi była niezaprzeczalna.
Debiut Jaya-Z okazał się artystycznym i komercyjnym sukcesem. Rozpoczął jedną z najbardziej udanych karier w historii muzyki rozrywkowej. Biznesowy zmysł Hovy generował kolejne – mniej lub bardziej udane – przedsięwzięcia. Roc-A-Fella Records przez moment było potężną wytwórnią, trzy lata po tamtym krążku powstała marka odzieżowa Rocawear, a Roc Nation to mocarstwo w świecie muzycznego i sportowego managementu. Biggs, Dame Dash i Jay zaczęli budować imperium wspólnie, ale implozja była nieunikniona. Zwłaszcza, biorąc pod uwagę bezwzględny charakter rapera i konfliktową, piekielnie pazerną i chimeryczną osobowość Dame’a, który został ostatnio pozwany przez Cartera, bo chciał bezprawnie zarejestrować i sprzedać „Reasonable Doubt” jako NFT.
Trudno wyobrazić sobie współczesną scenę bez Jaya. Bez jego wpływu, magii marki czy biznesowych ruchów, które były albo obiektem zazdrości i inspiracji, albo celem ataku. W hip-hopie nigdy nie brakowało hustlerów. Przecież jedną z ważniejszych inspiracji Hovy był Big Daddy Kane. Ale to właśnie raper z blokowisk brooklyńskiego Marcy najskuteczniej sprzedał tę historię mainstreamowi, opakowując ją w atrakcyjną formę i treść. Czerpiąc z okresu międzywojennej eksplozji czarnego biznesu i kultury zwanego Renesansem Harlemu, Hova stworzył nowy, pociągający mit ulicznego człowieka interesu. To nie gangster z klamką w dłoni, a elegancki facet z klasą. W kaszmirowym szalu na szyi; z cygarem w ustach; raczący się drogimi alkoholami bon vivant i salonowy lew. Nie była to przy tym żadna wydmuszka. Za wizerunkiem szła jakość. „Reasonable Doubt” to album ponadczasowy, gładki, angażujący, ale też arogancki, zaczepny i bezczelny. Ale czy właśnie nie za taką mieszankę kochamy Jaya?
