Teraz mała lekcja historii dla wszystkich urodzonych na przełomie 90's/00's i młodszych: wiecie, w czasach powstawania tych seriali świat wyglądał trochę inaczej. Młodymi wilkami rapu byli Jay Z i Busta Rhymes, muzyki słuchało się z kaset, a żeby porandkować, trzeba było najpierw zadzwonić do wybranki na stacjonarny i liczyć, że nie odbierze jej ojciec.
Artykuł opublikowany w 2019 roku.
Dlatego po latach te tytuły ogląda się trochę jak relikt, za to bardzo sympatyczny relikt. Nigdy przedtem i nigdy potem telewizja nie złapała tak wysokiej formy w kręceniu rzeczy stricte dla młodzieży, czasem śmiesznych, czasem sięgających po trudniejsze tematy, ale zawsze bardzo lajtowych i za tym luzem - oraz niepowtarzalnym najntisowym klimatem - tęsknimy chyba najmocniej.
Nasz ulubiony coming-of-age z tamtego okresu i bynajmniej nie przeszkadza nam, że to bardziej komedia niż klasyczny serial o dorastaniu. Kto nie śmiał się za każdym razem, kiedy wujek Phil wyrzucał Jazzy'ego Jeffa za drzwi? Kto nie podkochiwał się w kuzynce Hilary? Kto nie pamięta tańczącego Carltona?
Podpowiadamy - ci, którzy nie dorastali w latach 90. Obejrzyjcie koniecznie, nie tylko dlatego, że Bajer w Bel-Air to trampolina do sławy Willa Smitha, ale i ze względu na niepowtarzalny, hip-hopowy vibe całości.
To schemat znany z każdej szkoły. Nosisz spodnie podciągnięte pod klatkę piersiową, na wycieczkach klasowych siadasz z przodu autobusu, a twoją najlepszą przyjaciółką jest własna babcia? Jak nic masz wszelkie zadatki na bycie rasowym geekiem. I praktycznie z marszu wjeżdżasz w odwieczną wojnę pomiędzy Luzakami a Kujonami. To nic, że po latach ci drudzy zatrudniają tych pierwszych do mycia okien w ich biurach. Ten bezpretensjonalny, zabawny serial warto obejrzeć też dla obsady; tu swoje kariery zaczynali James Franco, Seth Rogen i Jason Segel.
No jasne, że to była jednak mocno dziewczyńska sprawa; globalny odbiór Beverly Hills 90210 zwykle sprowadzał się do pojedynku fanek Brandona i Dylana. Ale spójrzcie na ten serial z innej strony - dzięki niemu masy zachłysnęły się amerykańskim snem, bo i każdy wtedy chciał wyglądać tak, jak ta bogata gównarzeria z Beverly Hills. Wśród dzisiejszych 30-latków mit Los Angeles nie byłby tak mocny, gdyby nie katowane tydzień w tydzień na TVP1 90210. Aha, tytułowy numer to nie adres, a kod pocztowy, jaki obowiązuje w tej części L.A.
To już romansidło pełną gębą - stawiamy dolary przeciwko orzechom, że w żadnym innym serialu tak często nie padała kwestia nie jestem jeszcze na to gotowa, jak właśnie w Jeziorze Marzeń. Co by jednak nie mówić, to tak zaczynali Michelle Williams, Katie Holmes oraz obdarzony łagodnym uśmiechem spaniela James van der Beek. Trudy dojrzewania amerykańskiej młodzieży w małym miasteczku nieco odbiegały od naszej krajowej, siermiężnej rzeczywistości, gdzie prowincja kojarzyła się głównie z waleniem wygazowanych EB przy wylotówce. Dlatego Jezioro marzeń oglądali praktycznie wszyscy, bo fajnie było zrozumieć, że bohaterowie mieli w sumie takie same problemy emocjonalne jak my. Nawet jeśli oni na wakacje wyjeżdżali nad ocean, a my do Pobierowa.
Wielki przebój najntisowych początków TVN-u. Ta australijska produkcja była czymś pomiędzy Beverly Hills 90210 a Jeziorem marzeń, tyle że bohaterów było więcej, reprezentowali różne rasy, bardzo się różnili (od mdłego jak kostka mydła Jacka, po okolicznego chuligana-grunge'owca Riversa) i - co najciekawsze - z reguły działo się z nimi coś złego. Jeden zmarł podczas walki bokserskiej, inny zaginął na jakichś skałkach, a jeszcze innego porwała sekta. Po latach czytamy opisy poszczególnych odcinków na wiki i wiemy już, dlaczego wspominamy Szkołę złamanych serc z nostalgią: na przykład niejaki Steve w 26. odcinku przeżył rozwód rodziców, w 27. dowiedział się, że jest adoptowany, a w 28. zaprzyjaźnił się z bezdomnym psem. Wszystko to na przestrzeni mniej niż godziny.