Brodka: żywieckie dziady na ulicach Warszawy (ROZMOWA)

APC_1086.jpg
fot. Jan Malinowski

Sami złapaliśmy się na tym, że mimowolnie klasyfikujemy Brodkę jako rdzenną mieszkanką Podhala. Bo jak góry – to Podhale, prawda? No właśnie nie.

Często zdarza ci się, że ludzie nie wiedzą, że Żywiecczyzna to Śląsk?

Zdawałem maturę z geografii, ale jakbym dzisiaj miała umiejscowić na mapie wszystkie województwa… Chyba byłby kłopot. Ludzie głównie kojarzą, że jestem góralką. A dla większości Polaków góry to Zakopane. Mniej mówi się o górach Podbeskidzia, między innymi właśnie o Żywiecczyźnie. To są dwie różne kultury: inne stroje, inna gwara, inne tańce, inne przyśpiewki; wszystko jest inne. Z tego, co ja pamiętam, to ciupaga jest takim elementem z Podhala. U nas skacze się nie przez ciupagę, tylko przez taką lagę, czyli laskę.

Na ile w twojej całej karierze ten Żywiec, te tradycje, były faktycznie przeszczepiane do muzyki?

Kształciłam się w szkole muzycznej w klasie skrzypiec – i ta szkoła odbiła się na mnie pewną traumą. Kiedy zaczęłam nagrywać swoją muzykę, byłam obrażona na skrzypce i nie traktowałam ich jako mój atut, choć producent mojej pierwszej płyty, Bogdan Kondracki, przekonał mnie do zagrania kilku melodii na „Albumie”. Musiałam dojrzeć do zmierzenia się z moimi korzeniami i to nastąpiło przy „Grandzie”. Zastanawiałam się, czy możliwe jest zderzenie tradycyjnych instrumentów z popem i elektroniką, żeby z jednej strony podkreślić moje korzenie, ale z drugiej – żeby to nie brzmiało jak góralszczyzna. Gdzieś nieświadomie, na takim terapeutycznym poziomie, to była możliwość spotkania się z tatą w jednym projekcie (ojciec Moniki, Jan Brodka, jest od blisko 60 lat kierownikiem zespołów folklorystycznych – przyp. red). Przez rozstanie moich rodziców miałam mało tego kontaktu. Czułam, że muzyka jest tym miejscem, w którym spotkanie między nami jest możliwe, ponad wszelkimi granicami.

APC_0873.jpg
fot Jan Malinowski

Pojechałam z producentem Bartkiem Dziedzicem do Żywca i nagraliśmy go wraz z  kapelą Ziemi Żywieckiej. Na „Grandzie” są dudy, smyki, ale grane w taki góralski sposób, chociażby w numerze tytułowym, jest też trombita… Później, na „BRUT”, wróciłam do tego spotkania z tatą, ale już w innym wymiarze; nagrywałam te instrumenty, żeby je zsamplować i zamienić w inne, nieistniejące, przenieść je na klawiaturę sterującą i móc nimi grać.

Chyba można powiedzieć, że „Granda” zmieniła polski pop?

Była przełomowa, otworzyła drzwi do innych karier po mnie; Bartek opowiadał, że przychodziły do niego inne wokalistki i prosiły, żeby zrobił z nimi drugą „Grandę”. Ale pierwszy rok po wydaniu płyty wcale nie był taki kolorowy. Przez długi czas media, może nawet też fani, mieli dystans do tego materiału. Zastanawiali się, czy to nie kalkulacja, czy to nie jest sztucznie wymyślone. Chyba dopiero koncerty pokazały, że to jest moja prawdziwa droga. Czułam, że dwie pierwsze płyty nie powiedziały o mnie zbyt wiele – tu było inaczej, ta muzyka odzwierciedlała, kim jestem, co czuję. Przekonałam publikę, że to jest szczere, dlatego ten hype na „Grandę” długo rósł.

Tu muszę podkreślić ogromną zasługę Trójki, która jako jedyna od razu grała „Grandę” na antenie. Bez tego radia nie byłaby aż tak kultowa. W 2010 puszczało się więcej numerów zagranicznych, nie było takiego szału na polską muzykę, jaki jest teraz. Pamiętam, że jak pisałam polskie teksty na „Grandę”, to była trochę konieczność. A jak robiłam to na „Sadzę” – czułam ekscytację, że mogę się w tym języku wyrażać.

APC_1012.jpg
fot. Jan Malinowski

Jak parę lat przed „Grandą” wchodziłaś do showbusinessu, to dalej pobrzmiewały echa mody na Golców czy Brathanki…

To był peak! „Czerwone korale”, „Ściernisco” to właśnie początki lat zerowych.

Były naciski ze strony wytwórni, żeby zrobić z ciebie podobną artystkę?

Nie, nigdy nie było takiego pomysłu, żeby pchać mnie w góralszczyznę. Jestem córką folklorysty, który całe życie zajmował się kultywowaniem tego folkloru, przedstawianiem go w takiej formie, w jakiej przekazywano go od dziada pradziada. Ojciec by mnie wydziedziczył, jakbym zaczęła uprawiać jakiś rodzaj takiej nowoczesnej góralszczyzny (śmiech). Nawet będąc skrzypaczką w zespole Ziemia Żywiecka, zawsze chciałam śpiewać popowe piosenki.

Pamiętam, że chciano cię wcisnąć w stereotyp młodej, hardej góralki.

Nie przeszkadzało mi to. Moja nieświadomość i naiwność były na tak wysokim poziomie, że ja się po prostu cieszyłam tym, że udało mi się wyrwać z domu i zamieszkać w Warszawie. Byłam ciekawa, co tam na mnie czeka.

APC_1083.jpg
fot. Jan Malinowski

Ale dziś dalej pytają mnie o „Idola”, dalej moja historia jest przedstawiana na zasadzie – księżniczka z telewizji, której się udało. Jakby nie było w tym dwóch dekad ciężkiej harówy. Miałem sporo szczęścia, ale łączyło się to z konsekwencją i moimi świadomymi decyzjami. Tych szufladek zawsze będzie dużo, bo to dla ludzi komfort umieszczenia drugiej osoby w konkretnym miejscu. A jak ta osoba jest pomiędzy, to już jest mniej komfortowo.

Serio w 2026 roku pytają cię o „Idola”?

Może nie tyle pytają, ile nawiązują do tamtych czasów – „pamiętam cię jako taką małą dziewczynkę” i tak dalej. Zawsze mnie to bawi.

Words: Jacek Sobczyński

Photos: Jan Malinowski

Styling: Marysia Duda

Make-up: Wiktoria Ziomek

Creative Director: Julia Czub / Julia

Production: Karolina Podlasiak, Adrian Kłys

Pełną wersję wywiadu znajdziecie w 6. numerze gazety newonce, która jest jeszcze do zdobycia w tych miejscach.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej i spraw społecznych.