
Big Sean w numerze Blessings nawijał: Never going under even with anesthetics / At the top of the rap game and progressin’. Ciągły rozwój artystyczny to jednak ciężka rzecz. My sprawdzamy, komu się to udało.
Frank Zappa powiedział kiedyś, że progres nie jest możliwy bez odchylenia od normy. I trudno się z tymi słowami nie zgodzić – gdyby stan rzeczy nie odbiegał zanadto od tego, co doskonale znamy, to nie moglibyśmy mówić o postępie. W końcu kto nie idzie do przodu, ten się cofa. Albo... stoi w miejscu.
Sprawdzimy dziś wierchuszkę amerykańskiego rapu – pojawią się tu ci, którzy w ostatnich latach najbardziej trzęśli światową sceną rapową. Travis Scott, Drake, Nicki Minaj, J. Cole i Kendrick Lamar – kto z nich zrobił największy progres, a kto niekoniecznie? Oczywiście nie znaczy to, że ci ludzie nagrywają słabe płyty, to dalej globalna topka. Chodzi po prostu o rozwój, który czuć, ale nie u wszystkich.
Kendrick Lamar
Legenda. Section 80 pokazało, że w Kendricku drzemie ogromny potencjał, na którego pełne ujawnienie musieliśmy poczekać jeszcze kilka lat. W 2011 roku K. Dot nieco nieśmiało poruszał tematy społeczne, których orędownikiem stał się w roku 2015. O ile na debiucie nieśmiało odkrywał własne skille, o tyle już na Good Kid M.A.A.D. City zdecydował się na poruszanie ważnych tematów społecznych (alkoholizm, pogoń za pieniądzem), a na To Pimp a Butterfly kompletnie dał się ponieść swojej artystycznej, concious-rapowej odsłonie; to jazzowe, soulowe i rhythm-n-bluesowe podkłady, kompletne odjazdy wokalne Kendricka z falsetem i eksperymentami tonacyjnymi na czele... i teksty, pełne niebanalnych przemyśleń i intrygujących środków stylistycznych. Kolejne untitled unmastered to płyta złożona z odrzutów, której nierozerwalną koncepcją jest bycie surową, niedokończoną i nieuporządkowaną – zatem nową.
A DAMN? Najlepsze recenzje od czasu TPaB, świetny odbiór fanów i chyba najskrzętniej zebrane cechy charakterystyczne wszystkich poprzednich wydawnictw. Progres od 2011 do 2017 jest w przypadku Kendricka niepodważalny.
Czego oczekujemy po jego nowym albumie? Wszystkiego. Nie boimy się tylko o progresywność, bo ten człowiek ma tak na drugie imię.
Travis Scott
Jak podbić rynek muzyczny w parę sezonów? Na krótki wykład zaprasza Travis Scott. Jego debiut z 2015 roku (Rodeo) to zbiór bangerów, które bardzo szybko wryły się w imprezowy dekalog. 3500 z Future’em i 2 Chainzem, Nightcrawler ze Swae Lee i Chief Keefem czy solowe Antidote to tracki, których nie powstydziłby się żaden raper z topki 2k15. Cała płyta nie była jednak w żaden sposób spójna – oderwane od siebie tematycznie i często nawet stylistycznie kawałki nie współgrały tak, jak byśmy tego oczekiwali. Ale to dopiero debiut... Kolejne Birds In The Trap Sing McKnight miało już w sobie czynnik spajający całe wydawnictwo: mroczny klimat. Jednak zdecydowanie najlepsza płyta Travisa to ostatnie solowe wydawnictwo Astroworld. To już stuprocentowo dopracowany tytuł, a jakby tego było mało, La Flame jest także z każdym sezonem lepszy live.
Czego oczekujemy po jego nowym albumie? Dalszego definiowania współczesnego rapu.
Drake
Reprezentant rapowej ekstraligi. Ten człowiek operuje zupełnie innymi liczbami niż większość jego mainstreamowej konkurencji. Bije wszelkie rekordy popularności i wyświetleń, jest mistrzem marketingu i strategii promocyjnych. Doskonale wie, kiedy wydać dany numer i jak sprawić, że będzie grany wszędzie. W jego wypadku musimy jednak rozgraniczyć postęp od zwyczajnej zmiany. Najbardziej rapowym albumem Drake’a do dziś jest If You’re Reading This It’s Too Late z 2015. Naszą ulubioną wersją Aubrey’a jest z kolei ta z 2011 – nastrojowe klimaty Take Care były tymi, w których ewidentnie czuł się najlepiej. Nothing Was The Same przez wielu jest z kolei uznawane za najlepsze wydawnictwo Kanadyjczyka, i jest w tym sporo racji: dobry rap (Started From The Bottom, Worst Behavior) miesza się tam skrzętnie z kozackimi pościelówkami (Hold On, We’re Going Home).
2016 rok był jednak czasem zwrotu. Views kojarzymy z Hotline Bling, Controllą i One Dance, czyli kawałkami, które jak zdarta płyta latały w stacjach radiowych głównego nurtu. Dlaczego? Bo był to wwiercający się w głowę pop, w którym Drake zaczął święcić największe do tej pory sukcesy. Nieco lepiej słuchało się przyjemnego More Life, ale ostatni Scorpion już pozostawia wiele do życzenia. To płyta przekombinowana, z kilkoma odgórnie ustawionymi pod playlisty bangerami. Brakuje nam trochę tej świeżości, którą Drizzy wprowadził na scenę blisko dekadę temu. Może przy kolejnym wydawnictwie?
Czego oczekujemy po jego nowym albumie? Przebojów, ale... naturalnych. Nie chcemy Drake'a - maszynki do zarabiania pieniędzy
Nicki Minaj
Niewątpliwie jedna z najważniejszych raperek ostatnich czasów, jednak w pewnym momencie coś… coś się zepsuło, cytując klasyka. Debiutanckie Pink Friday z 2010 roku było strzałem w środek tarczy; zaczepne flow, miks popu i rapu, które w ogóle się ze sobą nie gryzły, a wszystko to w erotycznej otoczce. Jeszcze lepiej było na The Pinkprint - to wydawnictwo, na którym każdy fan Nicki Minaj znalazł coś dla siebie: zarówno popowy, radiowy przelot bez trudnych czy angażujących aspektów, jak i stricte rapową stylówę. Tego nie możemy niestety powiedzieć o najnowszym albumie Minaj, czyli Queen. Dlaczego? Bo to po prostu powielanie sprawdzonych patentów, o którym pisaliśmy już w osobnym tekście.
Czego oczekujemy po jej nowym albumie? Na pewno nie powtórki z rozrywki. na tym levelu nie wypada
J. Cole
Kolejna chodząca legenda – człowiek, za którego tekstami podążały miliony wiernych fanów na całym świecie. Cole World: The Sideline Story, które swoimi nazwiskami sygnowały takie postaci jak choćby Jay Z czy Missy Elliott, pokazało, na co stać J. Cole’a – potrafił zarówno zaproponować swoje popowe zacięcie (Work Out), jak i polecieć świetne rapowe zwrotki (Lost Ones). Swój peak Jermaine osiągnął w 2014 roku na 2014 Forest Hills Drive. Mimo swojego założenia, że nie ma już wzorów do naśladowania, sam się takowym stał: nawijał o tym, jak żyć skromnie, jak szanować siebie i bliskich - taki poradnik pozytywnego myślenia, ale bez nachalnego dydaktyzmu. Tych tekstów aż chciało się słuchać!
Niestety, lepiej już nie było – przynajmniej w przypadku jego solowych wydawnictw, bo w 2018 roku zjadał praktycznie każdy feat, na jakim się pojawiał. 4 Your Eyes Only brzmiało jak niezbyt udany spin-off 2014 Forest Hills Drive, gdzie J. Cole’owi nie udało się wytworzyć już tak intymnej relacji artysta-słuchacz, jak robił to wcześniej. A na KOD nie ma niczego nowego, choć przecież J.Cole chciał odbić w innym kierunku. Wyczerpana formuła? Zbyt duże zaangażowanie w jedyną słuszną wersję J. Cole’a? Mamy nadzieję, że Jermaine będzie w stanie pokazać coś więcej na kolejnej płycie, to w końcu raper z papierami na najważniejszego w grze.
Czego oczekujemy po jego nowym albumie? Więcej Kendricka w J.Cole'u. Odwagi, Jermaine!