Przed jego obiektywem stanęły największe gwiazdy amerykańskiego show-biznesu. Fotografował muzyków (Beyoncé, Eminema, Snoop Dogga, Nasa, 50 Centa) czy sportowców (Kobego Bryanta, Muhammada Alego). Nam opowiedział m.in. o sesjach zdjęciowych z Białasem, Żabsonem, Sokołem, Lil Wayne’em i Actionem Bronsonem.
Jeden z twoich kolegów po fachu – Wojtek Koziara – powiedział mi kiedyś, że nieraz zdarzało mu się uczestniczyć w niebezpiecznych sesjach zdjęciowych, bo była na nich obecna broń. Ty masz na koncie podobne historie?
Nie miałem wielu takich ostrych momentów. Większość zdjęć robiłem w studiach fotograficznych, a jeśli już pracowałem w niebezpiecznych dzielnicach, to zazwyczaj fotografowałem ludzi na ich własnym terenie. Byłem tam z nimi i z ich ludźmi, więc nikt nie robił problemów. Kiedy na początku lat 90. fotografowałem Snoop Dogga w Long Beach, wszystko było spoko. Tak samo z Redmanem w Newark. Bardziej dobra zabawa niż stres.
Wiem co najmniej o dwóch sytuacjach, kiedy zrobiło się groźnie.
Było kilka takich momentów. Masz na myśli Nasa?
Też.
Sesja Nasa i Large Professora na Florydzie. Oni nagrywali tam muzykę, a my szukaliśmy miejsca do zdjęć. Jeździliśmy po okolicy w niedzielę rano, chyba około dziewiątej i trafiliśmy na niesamowitą dzielnicę. Zupełnie inne getto niż w Nowym Jorku – małe uliczki, czasem nawet nie do końca asfaltowe i stare, niewielkie domy z lat 50. Znaleźliśmy domek, który idealnie pasował do zdjęć. Wynajęliśmy go od starszej pani. Kiedy szukaliśmy lokacji, okolica była kompletnie pusta. Niedziela rano, wszyscy jeszcze spali. Ale w dniu sesji przyjechaliśmy tam kilkoma samochodami – ekipa, catering, światła, aparaty, cały ten cyrk – i zaczęliśmy przygotowywać plan. Im było bliżej południa, tym bardziej dzielnica budziła się do życia. Nagle te same uliczki, które rano były puste, zrobiły się pełne ludzi. Jedni stali przed domami, inni po prostu hangoutowali, ktoś handlował. I oczywiście wszyscy patrzyli na nas i zadawali sobie pytania: co tu robi tylu ludzi? Po co przywieźli tyle sprzętu?
Co było dalej?
Nie mówiłem nikomu, dla kogo robimy zdjęcia, bo nie chciałem robić niepotrzebnej sensacji. Nasowi i jego menedżerowi powiedziałem wcześniej: przyjedźcie normalnie, czarnym autem, z ochroną, wejdźcie do domu i robimy swoje. No i oczywiście Nas przyjechał wielkim czarnym tour busem, praktycznie autobusem. (śmiech) W takim miejscu trudno czegoś takiego nie zauważyć. Nagle pojawiło się tam jeszcze więcej ludzi – naprawdę tłum. Wszyscy chcieli zobaczyć, kto właśnie przyjechał. Drzwi się otworzyły, wyszedł Nas z wielkim łańcuchem na szyi i zrobiło się jasne, że dyskrecja właśnie się skończyła. (śmiech) Musieliśmy ogarnąć sytuację i ochronę, bo mieliśmy tam kupę drogiego sprzętu, dużą ekipę i kilkaset osób dookoła. Na gotowym zdjęciu Nas i Large Professor siedzą spokojnie na ganku i wygląda to tak, jakby dwóch gości po prostu robiło sobie muzykę gdzieś na Florydzie. A poza kadrem stała cała produkcja i pół dzielnicy. I właśnie to lubię w fotografii – patrzysz na jedno spokojne zdjęcie i nie masz pojęcia, jaki rozpierdol był dwa metry dalej.
O drugiej sytuacji też opowiesz?
To było z AZ w East New York na Brooklynie. Robiliśmy zdjęcia na ogromnym blokowisku. Wokół wysokie bloki, więc weszliśmy na dach jednego z niższych budynków, żeby złapać całą tę przestrzeń. Robiłem mu zdjęcia i nagle widzę gdzieś w oddali taki mały biały dymek. AZ patrzy i mówi: „Spierdalamy, strzelają do nas”. Strzelali z tak daleka, że właściwie niczego nie było słychać. Dodatkowo jeździło obok nas metro i towarzyszył nam cały ten miejski hałas. Nie wiem, kto strzelał ani dlaczego i nie zamierzaliśmy tego sprawdzać. (śmiech) Zebraliśmy się, zeszliśmy z dachu, wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy. Na szczęście nikomu nic się nie stało.
Z polskimi raperami też miałeś takie wydarzenia?
Nie, tutaj było raczej wesoło. Jeśli dobrze pamiętam, jedne z pierwszych zdjęć zrobiłem dla WWO na okładkę płyty „We własnej osobie”. Sesję robiliśmy na warszawskiej Pradze, w jakichś obskurnych bramach. Poznaliśmy się chyba wcześniej w Krakowie, gdzie miałem wystawę w galerii. Wojtek przyjechał tam z chłopakami. Zaczęliśmy gadać i skończyło się tak, że wszyscy wylądowaliśmy u mnie na chacie na baletach. Następnego dnia pojechaliśmy razem na koncert WWO do Zakopanego, a później chyba praktycznie od razu do Warszawy robić zdjęcia. Kilka lat później fotografowałem też Wojtka i Pona do okładki płyty „Teraz pieniądz w cenie”. Z Sokołem spotykaliśmy się również w Nowym Jorku. Pamiętam, że pewnego dnia minął się w drzwiach mojego studia z Lil Wayne’em. Kończyłem właśnie sesję z Wayne’em, a chłopaki wchodzili do środka. Przedstawiłem ich sobie. Dwa kompletnie różne światy spotkały się na chwilę w drzwiach studia w Nowym Jorku.
Dasz się namówić na jakąś anegdotkę z Sokołem? Wiem, że jest sporo rzeczy, które do wywiadu się nie nadają, ale w katalogu masz też pewnie anegdotki w wersji light.
Napisałem właśnie do niego SMS-a i zgodził się, żebym jedną opowiedział. Kiedyś, bardzo dawno temu, chłopaki kimali u mnie na chacie. Byli wtedy u mnie też ciocia i wujek, WWO spało w moim pokoju – dużo ludzi, małe mieszkanie. W pewnym momencie Sokół wstał w nocy i poszedł do ubikacji. Tylko zrobił to tak niefortunnie, że kopnął w wielkie wiadro pełne wody i zalał nam całe mieszkanie. Oczywiście wszystkich obudził. I później banda najebanych ludzi w środku nocy wycierała podłogę, żeby nie zalać sąsiadów. (śmiech) Ja pierdolę, Wojtek. Nigdy ci tego nie zapomnę.

Robiłeś też zdjęcia dla Żabsona do płyty „Hollywood Smile”.
Rozmawialiśmy wcześniej kilka razy, kiedy byłem w Polsce, a temat wspólnej sesji pojawił się już parę lat temu. W końcu umówiliśmy się, że zrobimy ją w Los Angeles. To była duża produkcja. Przyleciał ze swoją ekipą. Wynajęli dom w Hollywood Hills z widokiem na Los Angeles, a my na tydzień wzięliśmy Cybertrucka i jeździliśmy po mieście, szukając miejsc i robiąc materiał. Żabson właściwie cały czas coś robił. Teledysk, zdjęcia, teksty, studio, następny pomysł. Kończyliśmy jedną rzecz i już było: „dobra, to teraz pojedźmy tutaj”, „wynajmijmy skutery” albo „zróbmy jeszcze to”. Pamiętam też, jak poszliśmy na zakupy. Spędziliśmy pół dnia w jakichś absurdalnych butikach w Los Angeles – czerwone dywany, ochroniarze, cała ceremonia. W jednym miejscu nie chcieli nas nawet wpuścić i Żabson musiał otworzyć plecak i pokazać, że ma kasę. (śmiech) Pomyślałem: dobra, tego jeszcze nie widziałem.
To był wyjątkowy czas dla Tesli.
No właśnie. W międzyczasie Elon Musk mocno wszedł w politykę i nagle Tesla zaczęła wywoływać zupełnie inne skojarzenia. A my mieliśmy problem, bo wizualnie spora część pomysłu na sesję była zbudowana wokół Cybertrucka. Stwierdziliśmy więc: dobra, samochód nie może być bohaterem tych zdjęć. Wykadrowaliśmy je tak, żeby najważniejszy był Żabson, a Cybertruck został bardziej elementem świata, który stworzyliśmy. I tyle. Zrobiliśmy swoje.
Przenieśmy się na drugą część Stanów Zjednoczonych, do Nowego Jorku, gdzie pracowałeś z Białasem.
Jak przyjechali do Nowego Jorku, było zimno jak w Suwałkach. (śmiech) Pomysł był taki, żeby zrobić klimat starego Nowego Jorku z lat 90. – czarno-białe, ziarniste fotografie. Robiłem im też teledysk w podobnym klimacie. Stacjonowaliśmy głównie w Harlemie, gdzie wynajęli dom, który bardzo dobrze pasował do tego świata. Dużo chodziliśmy po Harlemie i robiliśmy materiał w miejscach, które mają jeszcze ten stary nowojorski charakter. Białas dużo pracuje. Zresztą cała ekipa była bardzo młoda i na początku trochę mnie to zaskoczyło, ale szybko zobaczyłem, że wiedzą, po co przyjechali i co chcą zrobić. Nie było wielkiego celebrowania Nowego Jorku – po prostu robiliśmy robotę. Oczywiście znaleźliśmy też czas, żeby spalić kilka jointów w paru kultowych miejscach Harlemu. Trzeba zachować jakiś work-life balance. (śmiech)

Robotę robiliście też w projekcie pod tytułem „Zdjęcie 150 polskich raperów”.
Dla mnie najważniejsze było to, że Pat zrobił to właściwie sam, bez wielkiego sponsora, który przyszedł i powiedział: „Macie pół miliona złotych, zróbcie sobie fajną imprezę”. Kiedy dowiedziałem się, że mam zrobić to zdjęcie, naprawdę mnie to ruszyło. Przez większość swojej kariery mieszkałem i pracowałem w Nowym Jorku. Tutaj wydarzyło się pewnie dziewięćdziesiąt procent tego, co zrobiłem w hip-hopie. Pracowałem z ludźmi, którzy tworzyli tę kulturę albo byli w danym momencie na samym jej szczycie, a w Polsce przez wiele lat praktycznie mnie nie było. Dlatego to zdjęcie miało dla mnie trochę inny wymiar. Nagle stoję przed stu pięćdziesięcioma polskimi raperami z kilku generacji i mam ich wszystkich zmieścić w jednym kadrze. Przyznaję, że wielu młodszych artystów wcześniej nie znałem. Dopiero później zacząłem sprawdzać, kto jest kim, czego dokonali, jakie mają dyskografie. I wtedy zobaczyłem skalę tego, czym stał się polski hip-hop. Nigdy nie miałem kompleksu, że skoro hip-hop powstał w Nowym Jorku, to wszystko z Ameryki automatycznie musi być lepsze. Polski hip-hop ma własną historię, własny język i własne pokolenia. To zdjęcie bardzo dobrze mi to uświadomiło. Przypomniała mi się przy okazji jedna historia. Robiłem kiedyś sesję dla Beyoncé i zapytała mnie, skąd jestem. Powiedziałem: „Z Polski”. A ona: „O, świetnie. Pamiętam, jak byłam tam pierwszy raz. Piękny kraj, wspaniali ludzie”. Pomyślałem sobie: proszę bardzo, Beyoncé zatwierdziła Polskę. Możemy się rozejść. (śmiech)
Kiedyś chyba nawet trochę stawałeś w obronie naszego kraju.
To było podczas sesji z Muhammadem Alim dla magazynu „People”. Siedzieliśmy przy stole z nim i jego rodziną w jego domu. Ali zaczął opowiadać żarty o Polakach. Mnie jakoś niespecjalnie bawiły. W pewnym momencie spojrzał na mnie i zapytał, czy ja znam jakieś żarty o Czarnych. No, znałem. (śmiech) Moi asystenci spojrzeli na mnie tak, że z ich twarzy można było przeczytać jedno: „Piotr, kurwa, nie rób tego”. Oczywiście zrobiłem. Ali i jego rodzina byli rozbawieni. Gość z „People” trochę mniej. Nigdy więcej nie zadzwonili do mnie z propozycją sesji. (śmiech)
Kilka razy miałeś okazję współpracować z Lil Wayne’em.
Z Wayne’em trzeba robić zdjęcia szybko, bo lubi skręcać blanty i później czasem… zasypia. (śmiech) Mam nawet zdjęcia, na których po prostu śpi. Kiedy pierwszy raz mi zasnął, pomyślałem: dobra, i co ja mam teraz zrobić? Obudzić Lil Wayne’a? Nie. Poczekałem. (śmiech)
To jeszcze dwie ksywy: Eminem i Action Bronson.
Eminema fotografowałem chyba miesiąc czy dwa przed premierą „The Slim Shady LP”. Dostałem zlecenie od magazynu „Fridge”, który zajmował się hip-hopem i snowboardem. Organizowali festiwal, na którym grali między innymi Black Star, dla których chwilę wcześniej robiłem teledysk. Wszedłem na backstage, a tam Mos Def, Talib Kweli, Common i jakiś młody biały koleś. Nie wiedziałem, kto to jest. Pomyślałem: dobra, kolejny Vanilla Ice. (śmiech) Nie pytaj mnie dlaczego, ale mieliśmy ze sobą dmuchaną lalę. Nieużywaną, zaznaczam. (śmiech) Robiliśmy sobie jakieś jaja, Eminem ją zobaczył i zaczął z nią pozować. Zrobiłem mu kilka zdjęć. Kilkanaście minut później wszedł na scenę. I wtedy już przestało być śmiesznie, bo gość zrobił taki rozpierdol, że wszystkim opadły szczęki. Pamiętam to uczucie: dobra, ten biały koleś jednak chyba nie jest kolejnym Vanilla Ice’em. (śmiech) Chwilę później wszyscy już wiedzieli, kim jest Eminem.
Action Bronson na koniec.
Z Actionem robiliśmy zdjęcia dla Vice’a, między innymi do „F*ck, That’s Delicious”. Vice zbudował wielką scenografię, miał cały sztab ludzi i bardzo konkretną wizję tego, jak wszystko ma wyglądać. Problem był taki, że ta scenografia kompletnie nie pasowała do Actiona. My zgłaszaliśmy uwagi, ale Vice chciał zostać przy swoim. No i wtedy przyszedł Action. (śmiech) Wszedł z puszką farby i zaczął robić tagi na ich pięknie przygotowanych setach. Powiedział mniej więcej, że scena jest chujowa i on nie będzie się na jej tle fotografował. W tym momencie wiedziałem już, że będzie ciekawie. Zadzwonił do swojego ziomka fryzjera, który przyjechał i zaczął mu golić głowę i brodę. Action otworzył butelkę wina, siedzieliśmy, gadaliśmy, atmosfera kompletnie się zmieniła i wtedy zacząłem robić zdjęcia. I właśnie te fotografie okazały się tymi właściwymi. To jest zresztą coś, co zawsze najbardziej lubiłem w fotografowaniu muzyków. Możesz mieć wielką produkcję, scenografię, dwadzieścia osób na planie i wszystko rozpisane. A później wydarzy się coś zupełnie nieplanowanego i nagle masz zdjęcie. Z Bronsonem pracowałem też przy „Traveling the Stars: Action Bronson and Friends Watch Ancient Aliens”. To był kompletny odlot. Pamiętam, że chyba przez cały tydzień praktycznie codziennie przychodzili producenci najlepszego zioła, grzybów, kwasów, jedzenia, pizzy – wszystkiego. Oni przynosili, my próbowaliśmy i ocenialiśmy. Nie będę udawał, że była to najcięższa praca w mojej karierze. (śmiech)

