Łatwiej jest spojrzeć w telefon niż się nad czymś zastanowić - mówi nam raper i producent Rau Performance, który jest chwilę po wydaniu dusznego, eklektycznego i momentami trudnego albumu Strefa dyskomfortu. I ten wywiad też taki jest.
Powiedziałeś kiedyś, że Homer Simpson jest twoją ulubioną postacią fikcyjną. Które cechy was łączą?
Przede wszystkim miłość do jedzenia — może moja fizjonomia nie jest tego najlepszym dowodem, ale nie ukrywam, że zdarzają mi się problemy żołądkowo-gastryczne. Jestem takim Homerem... tu się wypierdolę, coś zapomnę, czasem narobię jakiegoś bigosu.
Te cechy przeszkadzają w branży muzycznej?
Raczej przeszkadzają, nie są to dobre cechy. Lepiej jest kontrolować swoje ruchy. Pomagają tylko w takim zakresie, że niektóre sytuacje można śmiesznie opisać w tekście i rozbudować tematykę kawałków.
Chcesz mi powiedzieć, że zdarzały ci się takie ruchy muzyczne, których nie do końca kontrolowałeś?
Wszystko, co robię, robię sam — nie angażuję zbyt wielu osób trzecich w swoje projekty. Nie kalkuluję przy robieniu rzeczy. A to, co muszę kontrolować, to: data premiery płyty, godzina ustawki na sesję zdjęciową czy dobór ludzi na sesję — oczywista sprawa. Poza tym, mimo że muzyka jest moim zawodem, nie traktuję jej jak przedsięwzięcia. Jeśli po tej płycie poczuję, że powinienem działać bardziej schematycznie, to może tak będę robił.
Potrafiłbyś traktować muzykę w opcji 8–16?
Tak, bo druga strona tej monety, czyli robienie muzyki stricte komercyjnej do reklam, filmów czy seriali, tego wymaga. Z feedbacku, który otrzymuję od klientów, wynika, że jestem osobą rzetelną w kontakcie. Nie ma rzeczy typu: przepraszam, że zaspałem z terminem albo wysłałem coś złego. Walenie w chuja nie wchodzi w grę.
Czyli profesjonalizm w zleceniach i spontan w własnych projektach?
Staram się, by w działaniach reklamowych była kreatywność i luz, a na moich płytach profesjonalizm. To się przenika. Na nowej płycie profesjonalizm miał problem z wdarciem się, bo cechy rzeczonego wcześniej Homera wzięły górę.
No i właśnie chciałbym do niego wrócić — która z jego cech sprawiła, że nie nagrywałeś swoich płyt przez kilka lat?
Brak pewności siebie połączony z cechami, którymi podszyta jest depresja — niechęć, wypalenie zawodowe, alienacja... Wiesz, poprzednia płyta przerosła moje oczekiwania, bo miałem dobre wyświetlenia, a moje kawałki udostępniali ludzie, na których muzyce się wychowywałem. Efekt nie był taki, że zacząłem od razu nagrywać nowe numery i zapraszać tych gości do współpracy — uznałem, że potrzebuję spokoju. Oglądanie social mediów, podglądanie innych, porównywanie się, zastanawianie się, czy robię dobrze... zmęczyło mnie to wszystko. Chciałem jak najmocniej wczuć się w rolę ojca, później wdarła się depresja i zasypywanie dołków używkami. Do tego doszła przeprowadzka, remont. To wszystko sprawiło, że moja płyta wyszła dopiero teraz.
Żałujesz, że nie poszedłeś wtedy za ciosem?
Nie będę rzucał ksywami, ale był moment, że z niektórymi z nich się kumałem — ten był u mnie w studiu, tamten spropsował, a jeszcze inny wrzucił mój kawałek na Instagram. Naturalną reakcją na to jest wspólny numer, ale — najprościej to ujmując — nie czułem na to zajawki. Słuchanie i tworzenie muzyki nie sprawiało mi już takiej przyjemności jak kiedyś. Studio pełne sprzętu, dużo wolnego czasu, a ja oglądałem seriale. Kiedyś jedyne, co chciałem robić po robocie, to tworzyć muzykę. Pisałem codzinnie kilka tekstów i robiłem kilka bitów. W ostatnim czasie tego nie było.
Wobec tego jaką rolę w twoim życiu przez te ostatnie lata odgrywała muzyka? Ty złamałeś jej serce czy ona tobie?
Ciężko powiedzieć. W dobie ciągłych wystrzałów dopaminy, które nic cię nie kosztują — odpalam telefon i widzę tam mnóstwo ciekawych, ale i nieciekawych rzeczy — zejście do studia i podłączenie kabli... Może przez to oglądanie seriali, objadanie się i palenie zioła mnie rozleniwiło i fizycznie nie chciało mi się robić muzyki. Oprócz tego miałem świeżo narodzoną córeczkę, więc to też kosztowało mnie bardzo dużo. Wszelkie pokłady cierpliwości i energii spalałem jako młody ojciec i nie starczało ich na muzykę. Nie mam na to jednoznacznej odpowiedzi.
W jednym z wywiadów ktoś powiedział, że artyści — w większości egocentrycy — mogą mieć trudno, gdy w ich życiu pojawia się dziecko, bo uświadamiają sobie, że nie są już jedynymi, najważniejszymi osobami.
To ma kilka warstw. To, o czym mówisz to jedna z nich. Zanim moja córka się urodziła, grałem koncerty i mogłem się skupić na swojej pracy - wykonywać ją, kiedy tylko chciałem. Z dnia na dzień się to zmieniło. Egocentrym, egocentryzmem, ale miałem też inne problemy - wróciły do mnie tematy z mojego dzieciństwa. Nie chcę traktować mojego dziecka tak, jak traktowano mnie, gdy byłem dzieciakiem. Przez ostatni czas opiekowałem się też schorowaną mama, która zmarła - bardzo to przeżyłem. Te sytuacje wywołały we mnie taką lawinę emocji, że mnie po prostu rozpierdoliło i zdewastowało jako człowieka. W pewnym momencie wszedłem w - ja to nazywam - tunelem czasoprzestrzennym, który się otwiera i trzeba się uporać ze sobą, swoimi demonami i nie tylko.
To znaczy?
Czułem się źle ze świadomością, że moja mama nie doczekała się wnuczki, a moja córka pod kilkoma względami ją przypomina. Zmierzam do tego, że przed narodzinami córki konstrukcja mojej osobowości była stabilna i spójna, a kiedy pojawiła się na świecie, wszystko się rozpadło i trzeba było to składać od nowa. Strasznie się motam, gdy o tym mówię...
Bonson powiedział mi niedawno, że gdy w jego życiu pojawiła się córka, to: Ja wtedy oszalałem i nagrywałem rzeczy w stylu „Postanawiam umrzeć”. Byłem w cugu alkoholowo-narkotykowym i najgorszą wersją siebie. Tamten okres kosztował mnie bardzo dużo zdrowia psychicznego i mogło się to wszystko bardzo źle skończyć.
Dziś jestem dużo szczęśliwszy i bogatszy w uczucia, emocje i taką lekcję życiową. Inaczej wartościuję rzeczy i je doceniam, nie zwracam uwagi na głupoty. Natomiast ciekawe jest to, że uwolniło to we mnie tyle demonów... i w sumie wiem, dlaczego tak się stało, bo przerabiałem te rzeczy na terapii. Kiedy dorastasz w domu, w którym trzeba się bać i jest przemoc, to… dla mnie na początku krzyk mojej córki nie był krzykiem dziecka, któremu trzeba pomóc, tylko krzykiem mojej matki — która była w jakiejś sytuacji opresyjnej — albo krzykiem skierowanym na mnie. Ten dźwięk nie powodował we mnie współczucia, tylko strach i przerażenie. Musiałem na terapii przepracować to, że jestem za nią odpowiedzialny, tak jak kiedyś byłem odpowiedzialny za moją matkę, bo wychowywałem się w jakimś stopniu bez ojca. Mieliśmy dużo nerwowych i przykrych sytuacji. Pamięć o tym i stan, w którym wtedy byłem, wróciły do mnie. Pracowałem nad sobą 3–4 lata. Terapię skończyłem rok temu.
Wnioskuję, że zacząłeś terapię, gdy twoja córka była już na świecie — czyli na początku próbowałeś sam sobie z tym wszystkim poradzić?
Można tak powiedzieć. Dni męczyły mnie na tyle, że wieczorem jedyne, co przychodziło mi do głowy, to nażreć się, obejrzeć coś, pierdolnąć lampkę wina, zjarać gibona, a w weekend najlepiej odreagować konkretnie. Na początku pozwalało to zapomnieć czy jakoś się odciąć, ale później tylko pogłębiało mój stan. Rok funkcjonowania w ten sposób sprawił, że wylądowałem w czarnej, depresyjnej dupie — nie chciało mi się wstawać z łóżka, nie odbierałem od nikogo telefonów. Żyłem w trybie: zawieźć małą do przedszkola, iść do sklepu, odjebać robotę i dalej się pogrążać. W pewnym momencie miałem tego dość. Stary, leżałem pół dnia na kanapie, więc napierdalały plecy. Moja forma była w kiepskim stanie, więc zacząłem się czymś dopalać, żeby złagodzić ból, i był moment, kiedy w mojej głowie zaczęło to iść w stronę myśli w stylu: może przydałaby się jakaś morfina. W końcu stwierdziłem, że to nie może tak dalej wyglądać, bo jestem ojcem, mam rodzinę, przyjaciół i generalnie jest fajnie, ale nie potrafię się w tym odnaleźć. Ogarnąłem się — poszedłem na terapię, rzuciłem używki, zacząłem uprawiać sport i sypiać w miarę normalnie.

Odrzucenie używek było w twoim przypadku czymś prostym?
Do tej pory uważam, że łatwiej jest mi nie palić i nie pić, niż nie jeść kompulsywnie. Może się to komuś wydać lekko absurdalne, ale tak mam.
Kiedy pojawiło się światełko w tunelu?
Myślę, że to było coś na zasadzie: moja żona i córeczka idą coś robić, jest słoneczko, fajny dzień, dzwoni do mnie ziomal, a ja próbuję się od tego wszystkiego odseparować, żeby mieć chwilę dla siebie, która i tak nic mi nie daje — i samo to jest ciężarem. Zacząłem się zastanawiać: co ja robię? Gdzie ja jestem ze swoim życiem? Straciłem przyjemność z funkcjonowania i zaczął się pojawiać stan anhedonii. Nie jestem lekkoduchem, tylko osobą racjonalną i mam w sobie pokłady samokontroli, które zadziałały. Wracając do twojego pytania — nie był to jeden moment, tylko proces rozciągnięty na kilka dni.
Wejdźmy w inny trudny temat. Po przesłuchaniu twojej płyty wiedziałem, że muszę cię o to zapytać — dlaczego tak brzydko wyrażasz się o Polsce? Mówisz o niej: boję się o wojnę i o tę kurwę Polskę.
Tu jest kilka płaszczyzn znaczeniowych. Żebyśmy mieli jasność — kocham ten kraj, lubię naszą mentalność. Chodzi o Polskę z perspektywy politycznej — o tę, która nie ma swojego zdania, zawsze musi posypać głowę popiołem i jest taką — brzydko mówiąc — sprzedajną kurwą wobec Ameryki czy Niemiec. To się też tyczy tego, że my jako Polacy czasem wstydzimy się polskości. To nie jest wers antypatriotyczny. Chcesz mi powiedzieć, że my wciąż mamy kompleksy Zachodu?
Myślę, że wśród młodych tych kompleksów już nie ma, ale wśród moich rówieśników i w ogóle w tej Polsce podawanej w mediach jest ich sporo. Zachodnie brzmi lepiej — to jest z Ameryki, stary, to jest włoskie. Nie chcę generalizować, ale wiele osób nie potrafi zachwycać się tym, co polskie. Może w tym kontekście mój wers nie jest do końca czytelny, ale mam nadzieję, że teraz rozwiałem wszelkie wątpliwości. A ty jakie masz dzisiaj kompleksy?
Gdy byłem młodszy, miałem kompleksy, kiedy wchodziłem do domów moich znajomych. Miałem wtedy coś w stylu: wow, rodzina — nikt nie krzyczy, siedzą razem przy obiedzie, jest fajnie. Nie wiedziałem, o co chodzi. Wszyscy są uśmiechnięci, chodzą na bosaka. Ja wychowywałem się w domu koło warsztatu samochodowego, gdzie zapierdalało się w butach i nie wiedziałem, co to znaczy chodzić po domu na bosaka (śmiech).
Wcześniej powiedziałeś, że nie będziesz rzucał ksywami, to... ja sobie nimi porzucam. Zacznę od twojego byłego wydawcy, Ten Typ Mes. Słuchałeś jego ostatniej płyty?
Tylko kilku kawałków, bo ukazywała się w momencie, kiedy musiałem jeszcze pracować nad swoją i w ogóle mało wtedy słuchałem. Nie że się tłumaczę, ale po prostu nie miałem na to przestrzeni. Te rzeczy, które słyszałem, były dobre. Przykre jest, że płyta nie została zauważona w środowisku przez te wszystkie dissy. To zdolny typ, ale w sumie nie o tym chciałem powiedzieć. Jeszcze kilka lat temu był taki moment, że mniej się wyświetlał Pezet niż Mes. Teraz Pezet jest wszędzie, przeżywa trzecią młodość i fajnie, a Mes jest w infamii. To ciekawe, bo obaj mieli względnie podobne kariery i sytuacje twórcze… nie ma tu puenty, to obserwacja… no bo czym się Mes pogrążył? Nie mam pojęcia, ale nagle zrobiła się na niego infamia, jak kiedyś na Dioxa. Nie wiem, do czego moja wypowiedź prowadzi (śmiech).
To ja ci pomogę — internet i fani są bezlitośni i w jeden dzień są w stanie przekreślić czyjąś wieloletnią karierę.
No właśnie, to jest gość z dokonaniami, bogatą dyskografią, zajebistym warsztatem i nagle ludzie, którzy go słuchali, nazywają go jakimś odklejeńcem. Jest to zatrważające, trochę smutne. Nikt nie daje szansy na odbicie zarzutów ani czasu na rehabilitację… od razu przekreślamy gościa i tyle. Nie ma przebacz.
Ludzie nie chcą dziś znaleźć czasu na refleksję, wszystko jest powierzchowne, twitterowe.
Łatwiej jest spojrzeć w telefon niż się nad czymś zastanowić.
Druga ksywa — Eldo. Pytam o niego, bo właśnie dzięki waszej współpracy po raz pierwszy o tobie usłyszałem. Kiedy się do mnie odezwał po bity, to czułem mega zajawkę. Nie był wtedy w swoim prime-time, ale dla mnie jest legendą sceny. Był taki moment w moim życiu, kiedy jadąc do szkoły z tym, kurwa, papierosem i zastanawiając się, jak przeżyję kolejny dzień, a później wrócę do chaty i znowu będę się użerać, bardzo dużo go słuchałem — dawał mi wytchnienie. Jestem osobą wrażliwą, łatwo się wzruszam i przeżywam rzeczy, więc jego muzyka dobrze mi siedziała. Po premierze jego płyty przecięliśmy się na mieście — podbiłem do niego pogadać, ale miał chyba taki czas, o którym sporo dzisiaj gadaliśmy i czułem od niego taką antyspołeczną energię.
W końcu na płycie 27 zarapował, że jest aspołeczny od małego.
No właśnie. Tu by się wszystko zgadzało.
