Z TDF-em rozmawiam w ostatnich latach przy okazji kolejnych rocznic. Spotkaliśmy się na dwudziestoleciu „S.P.O.R.T.”, potem robiłem materiał na dekadę „Elliminati”. Tym razem złapaliśmy się po jego pięćdziesiątych urodzinach, wciąż na fali świętowania dwóch dekad od premiery „Esende Mylffon”, które uczcił premierowym materiałem w klimacie tamtej epoki.
Sponsorem materiału jest marka Samsung
Tekst pojawił się w 7. numerze gazety newonce
Z TDF-em rozmawiam w ostatnich latach przy okazji kolejnych rocznic. Spotkaliśmy się na dwudziestoleciu „S.P.O.R.T.”, potem robiłem materiał na dekadę „Elliminati”. Tym razem złapaliśmy się po jego pięćdziesiątych urodzinach, wciąż na fali świętowania dwóch dekad od premiery „Esende Mylffon”, które uczcił premierowym materiałem w klimacie tamtej epoki.
A przecież wybiło jeszcze dwadzieścia lat Tedefonu! Pionierska współpraca Tedego z marką Samsung ma teraz swoją kontynuację w postaci limitowanego dropu Tedefoldu, specjalnej edycji Galaxy Z Fold8. W 2006 roku taki model wprawiłby wszystkich w osłupienie, wydałby się artefaktem rodem z filmu science-fiction. Bo minęła epoka i właśnie o tym jest ten wywiad. O ewolucji osobistej, artystycznej i technologicznej.
Jak się czujesz z tym, że wpadasz w taki wir benefisów?
W pułapkę nostalgii mógłbym wpaść, gdybym nią żył, a ja po prostu zdaję sobie sprawę, że ruchy przy okazji kolejnych rocznic są oczekiwane przez moich słuchaczy. Przy okazji reedycji „S.P.O.R.T.” zrozumiałem, że taka jest rzeczywistość. Mógłbym oczywiście się łudzić, że cały czas będę zdobywał nowych fanów, ale raczej tak się nie stanie. Słuchaczy zyskam co najwyżej spośród takich osób, które po latach zrozumieją, że wcześniej źle mnie oceniały.
Nikomu nie powiedziałem o tym, że robię „XXENDE MYLFFON”. Wydałem tę płytę z zaskoczenia. Głównie dla siebie, ale z przekonaniem, że będzie ciekawostką dla fanów, którzy pamiętają „Esende Mylffon”. To nie był kalkulowany ruch.
Na tym etapie, na którym się znajdujesz, chodzi wyłącznie o to, żeby praktykować hobby, czy jednak masz jeszcze ambicję dorzucenia klasyka do dyskografii?
Rapuję, bo sprawia mi to przyjemność. Robienie kawałków na „XXENDE MYLFFON” dawało mi satysfakcję, a ta jeszcze wzrosła, gdy okazało się, że ludzie dobrze je przyjęli. Mam świadomość, że moje miejsce w szeregu jest już sklasyfikowane, ale dopuszczam możliwość zrobienia czegoś zaskakującego dla siebie, fanów i tych, którzy nie wierzą w moje możliwości. Nie zamierzam jednak robić tego intencjonalnie. Dalej idę drogą, na której robię to, co mnie cieszy.
Czasem myślę o takim Krzysztofie Krawczyku. Wiele lat temu mówiłem w wywiadach, że będę jego odpowiednikiem. No i zobacz, spełniło się. Gram na dniach miasta w małych miejscowościach i tak dalej. Widzę ludzi, którzy organizują takie eventy i mam świadomość, że burmistrz czy naczelnik wydziału kultury w urzędzie miasta mogą być fanami moich starych płyt. Oni dorośli razem ze mną i są dziś decyzyjni.
Jestem świadomy swoich muzycznych poszukiwań. Robiłem je w latach 2015–2020 i bawiłem się świetnie, nagrywając trapowe kawałki. Dzisiaj natomiast już nie mam feelingu na robienie takich rzeczy. Jeśli ktoś zaprosi mnie na taki kawałek, chętnie się dogram, ale najbardziej cieszy mnie nagrywanie numerów w klasycznej formule hip-hopowej. Wchodzę i to robię. Po prostu. Interesuje mnie rapowy rap.
Zastanawiałem się, co mógłbyś mieć jeszcze do odhaczenia w karierze, która trwa już trzy dekady. Może ten film dokumentalny?
Film jest już skończony i za chwilę jedzie na festiwale. Przed nami planowanie premiery i dystrybucji. Sam go jeszcze nie widziałem, powiedziałem chłopakom, że chcę to zrobić dopiero w kinie (wywiad powstał przed premierą dokumentu „Forever Rap” na Warszawskim Festiwalu Filmowym – przyp. red). Powstawał przez dwa–trzy lata, więc jestem ciekaw efektu finalnego. Ciekawostka, że kończy się – mniej więcej – na 2015 roku, więc zostawia otwartą furtkę do kontynuacji.
Ty masz – przynajmniej medialnie – taką relację z upływem czasu, która mi imponuje. Dasz jakiś protip, jak utrzymać się w takim mindsecie?
Zawsze mówiłem, że on wynika z tego, kim się otaczam. Jeżeli moi koledzy, z którymi działam na co dzień, są statystycznie dekadę młodsi, to takie młodsze środowisko ma na mnie wpływ. Na koncertach też spotykam głównie młodych ludzi. Druga rzecz jest taka, że nie mam dzieci. To na pewno z mojej strony samolubne, ale pewnie gdybym je miał, moje życie wyglądałoby inaczej i kierowałbym się innymi wartościami. Fizycznie jestem w lepszej kondycji niż dwadzieścia lat temu.
Od trzech lat pierwszy raz w życiu pracuję, choć nie jest to praca od–do, codziennie. Mam jednak swoje obowiązki. Wszedłem w ten tryb z trybu „nic nie muszę”. Nagle mam jakieś zobowiązania, które są regularne, świadomie je podjąłem i odnalazłem się w tym.
Jest tylko jedna mniej optymistyczna rzecz, która do mnie dociera. Zostało mi mniej czasu, niż już przeżyłem. Zakładam, że jeśli nic się nie wydarzy, to dalej będzie dobrze, więc mogę zrobić jeszcze wiele rzeczy – zwiedzać świat, wystąpić w filmie i tak dalej. Mam tylko na to coraz mniej czasu. Dlatego jeżeli dostaję dziś jakąś propozycję, zastanawiam się nad nią krócej niż kiedyś.
Wróćmy jeszcze do rocznic. W tym roku mija dwadzieścia lat, odkąd na rynek trafił Tedefon. Opowiedz o tym projekcie, bo jednak jak się pamięta tamte czasy, to było dość surrealistyczne, że w 2006 roku Samsung nawiązał współpracę z TDF-em.
W czerwcu ukazał się „Esende Mylffon”. To była pierwsza płyta, którą można było kupić SMS-em w MP3. Kolejnym pomysłem na promocję była trasa koncertowa po kurortach, na dziko nad morzem. Wspomniałem o tym mojemu znajomemu i powiedziałem, że szukam potencjalnego sponsora. Nigdy wcześniej nie byłem na takim spotkaniu. To był jeden, jedyny raz w moim życiu. Trwało siedemnaście minut. Poznałem Bartka z Samsung.. Wspaniały człowiek, wizjoner. Gadaliśmy o Kurortourze. Usiadłem, mówię mu, że będziemy grać koncerty, okleimy samochód i potrzebuję na to dziewięć tysięcy złotych. On się zgodził. Pytam: „Jak to?”. A on: „To już załatwione”. Dodał, że da nam jeszcze jakieś gadżety do rozdawania. Opowiedziałem mu potem o telefonie Jaya-Z, który wyszedł kilka lat wcześniej, a on na to, że chyba tego nie da rady zrobić. „Ale poczekaj”. I udało się. To były zwykłe telefony z klapką, ze zrobionym grawerem i wgranym contentem, ale ważna była świadomość, jak przełomowa jest ta rzecz na polskim rynku.

Jak wspominasz w ogóle czasy początków internetu i siermiężnych komórek? Z perspektywy czasu to był dość niedorzeczny skansen.
Kiedy jeszcze mieszkałem z rodzicami, oni mieli internet modemowy, z którego korzystałem, kiedy ich nie było. Praktycznie w ogóle nie funkcjonowałem więc w świecie internetowym. Ominęły mnie te wszystkie znajomości z czatów. Pierwsza komórka, którą dostałem, też nie była jakimś technologicznym przebojem. Dopiero później załatwiłem sobie jakiś – na tamte czasy – supertelefon, więc czułem się ekstra, ale faktycznie dookoła wciąż wszystko nie wyglądało tak kolorowo. Sama historia wydania płyty w mp3 była abstrakcyjna…
Wracając jeszcze do współpracy z Samsung, po płycie „XXENDE MYLFFON” wydarzyła się dokładnie analogiczna sekwencja zdarzeń jak w 2006 roku. Tylko w szerszym zakresie. W momencie, gdy ukazywał się ten krążek i planowaliśmy ruchy promocyjne, przyszli do nas ludzie z Samsung. Podpisałem umowę o zachowaniu poufności, nie wiedząc samemu, o czym będziemy rozmawiać. I pojawił się temat Tedefoldu.
Kolejna sprawa – tak jak dwadzieścia lat temu zacząłem prowadzić „Operację Tuning”, tak dostałem propozycję z Kanału Zero, żeby mocniej wejść w motoryzację. PLNY wróciły po płycie „Esende Mylffon” i teraz wracamy z kontynuacją tego projektu. Może to wszystko właśnie na fali sentymentu do lat dwutysięcznych?
Miałeś jakieś oczekiwania wobec Tedefoldu? To jednak kontynuacja projektu, który zapisał się w historii.
Nie miałem żadnych oczekiwań. To raczej akcja wizerunkowa, a nie komercyjna, ale sam fakt, że po dwóch dekadach znowu możemy to zrobić i będzie o tym głośno, wydaje mi się nobilitujący. Tym razem zrobiliśmy naprawdę limitowaną edycję. Część trafi do – poszukiwanych przeze mnie – osób, które wciąż mają oryginalny Tedefon, więc warto było trzymać. Miałem świadomość, że posiadacze Tedefonów się znajdą, bo kiedy wcześniej wrzucałem zdjęcie, pojawiały się głosy w stylu „Ja go gdzieś jeszcze mam!”. Super.
Gdybyś miał możliwość zadzwonienia z Tedefoldu na Tedefon do siebie z 2006 roku, co byś sobie powiedział?
Nie żałuję żadnego ze swoich ruchów w życiu. Nawet te, które niosły za sobą konsekwencje, nauczyły mnie wielu rzeczy. Powiedziałbym sobie tylko, żebym rozejrzał się dookoła i zastanowił, ile spośród tych osób, które mnie otaczają, za jakiś czas nadal będzie ze mną. Przez te dwadzieścia lat kręciło się wokół mnie wiele osób, w których czyste intencje i zdrowy rozsądek wierzyłem, ale dziś już ich tutaj nie ma. Obecnie otaczam się ludźmi, którym ufam, ale nauczyłem się, żeby nie mieć oczekiwań. Proszę kogoś, żeby coś dla mnie zrobił i liczę, że to zrobi, ale jednocześnie mam z tyłu głowy plan na wypadek, gdyby jednak tak się nie stało. Jestem przygotowany na różne scenariusze.
Porozmawialiśmy o przedsięwzięciach, które doszły do skutku, ale – znając życie – masz w pamięci historie z potencjałem anegdotycznym o tych niezrealizowanych.
Była na przykład sieć komórkowa. Bardzo miłe i perspektywiczne spotkanie. Pamiętam, że rozmawiałem z jednym z właścicieli.. Siedzieliśmy na backstage’u we Wrocławiu, przyszli do nas goście z tej sieci i typ zapytał mnie: „Jakie masz marzenie?”. Mówię: „Chciałbym sobie kupić Rolls-Royce’a Phantoma”. „Ja ci kupię” – odpowiedział. Wiedziałem już wszystko, podziękowałem za współpracę.
Ludzie lubią obiecywać gruszki na wierzbie. W tej kwestii też się dużo nauczyłem i dziś z dużym dystansem podchodzę do propozycji współprac. Jak na pięć propozycji dwie faktycznie dochodzą do skutku, to już jest dobrze.
Którą spośród własnych akcji wydawniczych bądź promocyjnych darzysz szczególnym sentymentem?
Dużo miałem takich. Ludzie często wspominają DJ-a Buhha i sytuację z szukaniem kodu, którego… nie było. To akurat plus minionych czasów i minus aktualnych – mogłem robić kawałki i od razu je wypuszczać. Teraz nie mogę, bo kiedy wrzucę coś na YouTube, Spotify się obrazi. To zabija zajawkę.
Akcja z „Dilerem” była fantastyczna. Fajne jest to, że wszystkie te akcje powstały w mojej głowie i głowach kilku zaufanych ludzi, a nie przy użyciu profesjonalnej agencji. Zawsze miałem dużą satysfakcję, gdy ludzie, którzy powinni znać się na takich rzeczach, pytali mnie: „Kto to wymyślił?”. To było dla mnie duże wyróżnienie.
Widzisz gdzieś teraz w obszarze promocji muzyki, dystrybucji czy technologii przestrzeń na zrobienie czegoś fajnego?
Stary, przecież myśmy zrobili swój player. Parę osób pytało mnie nawet, kto mi podpowiedział ten pomysł. Wchodzisz na www.djbuhh.com, kupujesz – SMS-em, kartą albo inną metodą – dostęp do płyty „XXENDE MYLFFON: HAŁAS” i możesz słuchać jej w aplikacji na telefonie. Są tam też mixtape’y DJ-a Buhha, a na dobrą sprawę możemy publikować kawałki, których nie wrzucimy nigdzie indziej. Omijamy wszystkie streamingi. Nie jest to akcja na dużą skalę, ale procentowo z jednego kawałka mam wielokrotność tego, co zarabiam w innych serwisach.
Z twojej perspektywy - dałeś scenie więcej jako raper czy jako osoba, która ma pomysły dotyczące tego, jak może wyglądać otoczka i lifestyle, towarzyszące muzyce?
Myślę, że pół na pół, ale raczej nie zastanawiam się nad tym. Takie refleksje przychodzą po czasie. Szczególnie kiedy widzę, że ktoś robi rzeczy, z którymi przed laty miał problem u mnie. Wtedy to było złe, a teraz jest super, bo on to robi... Każdy czułby się poirytowany.
Moi fani czasem przypominają, że zrobiłem coś jako pierwszy. Robienie rzeczy jako pierwszy jest świetne, ale ma jeden minus. To się nie monetyzuje. A właściwie – monetyzuje się dopiero potem, kiedy ty już tego nie robisz. Na przykład – płyta „Vanillahajs” miała duży sukces komercyjny na rok przed tym, jak rozpoczął się rozwój streamingu. On już istniał, ale nie przynosił pieniędzy. Gdyby „Vanillahajs” wyszła w obecnych warunkach, to chłopie, kupiłbym sobie tego Rolls-Royce’a Phantoma.
Sponsorem materiału jest marka Samsung
